niedziela, 22 sierpnia 2010

Uprawa ogrodu na wzór Indian.

Niektóre plemiona i państwa Indian zarówno północnoamerykańskich jak i tych z Ameryki Południowej miało specyficzne podejście do uprawy ziemi. Właściwie to według europejskich standardów wiele plemion Indian ziemi nie uprawiali - między innymi dlatego zwani byli przez białych dzikusami, bo jakże to można być cywilizowanym nie uprawiając ziemi?

Podejście Indian charakteryzowało się poprawianiem warunków wzrostu przydatnym im (pośrednio lub bezpośrednio) dziko rosnącym roślinom.  W ten sposób zarządzane były całe ekosystemy...

W tym wpisie będę zbiorczo mieszkańców obu Ameryk nazywał Indianami, "trochę" rzecz upraszczając ponieważ różnice w rozwoju cywilizacyjnym między poszczególnymi państwami i plemionami były ogromne. Podobnie jak dzisiaj Europejczycy (w sensie mieszkańcy Europy a nie miłośnicy Unii Europejskiej ;) wykazują różny poziom rozwoju cywilizacyjnego. Japiszon z Londynu jak i chłop z mołdawskiej wsi "zabitej dechami" to dwie współcześnie występujące skrajności. W niektórych rejonach Nowego Świata rozwinięte było również typowe rolnictw.

Co szczególnego robili Indianie co odróżniało ich sposób "uprawy" ziemi od europejskiego?

Wiele ludów nie uprawiało ziemi w tradycyjnym tego słowa znaczeniu (nie orali itp.) tylko poprawiało warunki życia produktywnych roślinom. Jak tego dokonywali?
Zwiększali np. dostęp do światła dla roślin owocowych, orzechowych czy dających bulwy jeśli te tego wymagały. Zwykle dokonywali tego poprzez usunięcie roślin nieproduktywnych czy takich, które nie dawały im bezpośrednio korzyści.

Zdjęcie zaniedbanej gildii roślinnej przed.

Zdjęcie tej samej gildii po "odchwaszczeniu" i rzuceniu chwastów jako ściółkę na ziemię.
Kolejnym sposobem w jaki Indianie zarządzali ziemią jest poprawa warunków wodnych dla produktywnych roślin. Zwykle robili to poprzez usypywanie drobnych wałów ziemnych lub układaniu gałęzi czy pni drzew w ten sposób, że spowalniany zostawał spływ powierzchniowy wody. Na podobnej zasadzie jak

Indianie w wielu miejscach wypalali w odpowiednim czasie (zwykle na początku pory suchej) podszyt w lesie. Sprawiało to, że pożar dotykał tylko podszyt i runo leśne a nie niszczył drzew. Po takim pożarze odrastała bujnie roślinność, co zapewniało wysokiej jakości paszę dla "jedzenia jedzenia" czyli wszelkiej maści jeleniom, łosiom, dzikom... Młode rośliny są bardziej pożywne, zawierają chociażby dużo więcej białka niż te stare, zdrewniałe. Oprócz tego, że stwarzali w ten sposób środowisko dobre dla dziczyzny to jeszcze łatwiej było im polować, gdyż nie musieli przedzierać się przez cierniste zarośla.Czerwonoskórzy robili zatem coś w rodzaju ekstensywnie (niskonakładowo) zarządzanych leśnych pastwisk dla dzikich zwierząt.

W jaki sposób można wykorzystać wiedzę o indiańskim zarządzaniu ziemią we współczesnym świecie?
Rdzenni mieszkańcy obu Ameryk stosowali rożne techniki i metody, które były stosunkowo mało czasochłonne a dawały przyzwoite efekty. My również możemy nauczyć się czerpać z ich wiedzy. Większość z tych sposobów nadaje się raczej do permakulturowej strefy 3 i 4. Przykładowo jeśli w lesie rosną dzikie maliny a wiemy, że maliny obradzają najlepiej na zeszłorocznych pędach, to po owocowaniu w lipcu-sierpniu można je przyciąć - w przyszłym roku będą owocować dużo lepiej. Podobnie można przycinać opuszczone, zdziczałe jabłonie, grusze... Sam zacząłem się tak opiekować kilkunastoma drzewami i nieokreśloną liczbą krzewów w mojej okolicy  (3 orzechy włoskie, z 5 mirabelek, 7 jabłoni, 3 grusze i z 6 wiśni/czereśni.)
Kolejną korzyścią z dbania o dzikie drzewka, to zdobycie doświadczenia w przycinaniu. Lepiej ćwiczyć jest na darmowym materiale, niż zdobywać wiedzę kosztem zdrowia drogich drzewek owocowych.

Indianie również wycinali drzewa i krzewy, które zagłuszały rośliny produktywne. Warto ścinki, gałęzie z takiej przycinki rzucić pod drzewo produktywne - dzięki temu poza zmniejszeniu konkurencji ze strony silniejszego, "bezużytecznego" drzewa czy krzewu dostarczymy roślinie trochę substancji odżywczych a grzybom mikoryzowym dobrego pokarmu i środowiska.

Można zatem powiedzieć, że rdzenni mieszkańcy obu Ameryk zarządzali sukcesją ekologiczną - na swoją, zwierząt i natury korzyść.


Na koniec ładna, wpadająca w ucho piosenka :)

16 komentarzy:

  1. To wszystko bardzo ciekawe, Panie Wojtku i na pewno pożyteczne, ale z "przyzwoitością" tych efektów, to bym nie przesadzał! Ilu było Indian na terenie dzisiejszych Stanów przed Kolumbem? Milion, albo i to nie..? A ilu mieszkańców liczyła Unia tuż po wojnie secesyjnej - kiedy nie używano jeszcze przecież ani ropy naftowej, ani nawozów sztucznych, a rolnictwo było tym samym, starym, dobrym płodozmianem, do którego i jutro lub pojutrze trzeba będzie wrócić, jeśli się te zasoby nadmiernie skurczą..? Jakieś 30 - 40 razy więcej, prawda..? Przy tym, nie można powiedzieć, aby Indianie zostawiali sobie jakieś rezerwy niewykorzystanych terenów - gdyby umieli wytworzyć więcej żywności, a tym samym odchować więcej dzieci i uchronić się przed głodem lub koniecznością toczenia wojen z sąsiadami "o tereny łowieckie", to by tak przecież zrobili. Znakiem tego - nie umieli... A mam wrażenie, że rolnictwo amerykańskie po wojnie secesyjnej miało właśnie ciągle jeszcze ogromne rezerwy dziewiczych terenów umożliwiających czysto ekstensywny wzrost przy wykorzystaniu tych samych technik - i bez żadnego importu energii... Myślę, że przed Panem stoją o wiele ambitniejsze zadania! Pokazać, jak można by bez (takiego) zużycia ropy i nawozów wyżywić tę liczbę ludności, jaką świat osiągnie za lat 30 czy 40!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dość "przyzwoite" wyniki to np. około 4 krotny wzrost ilości owoców w porównaniu do całkowicie dzikich terenów.

    Jednocześnie Indianie potrafili (nie wiadomo czy jako efekt uboczny czy świadomie?) utrzymywać i poprawiać żyzność gleby w sposób całkowicie zrównoważony. Rzecz, która przy współczesnej wiedzy i technice rolnej w wielu miejscach USA (Teksas, Newada, Arizona) się nie udaje!

    Dzięki Indianom w Ameryce Północnej było 30-200 mln bizonów. W takim USA obecnie jest około 90 mln krów przy imporcie wielu pasz.


    Myślę, że tego typu, indiańską produkcję żywności można nazwać "zrównoważoną" (sustainable) a wyniki działalności dość przyzwoitymi (jak na tamte czasy).

    Indianie mieli różne "rezerwaty" - były to święte miejsca natury religijnej, które objęte były tabu - np. można było z nich zbierać tylko zioła itp.
    Tutaj jeden link do poczytania w wolnej chwili:
    (ciekawie zaczyna się od strony 10)
    http://www.sacredland.org/PDFs/csr_dl.pdf

    Specjalistom ds. Indian nie jestem, ale z tego co mi wiadomo w momencie pierwszego kontaktu z białymi było ich w Ameryce Północnej około 40mln ludzi. Całkiem sporo...

    OdpowiedzUsuń
  3. Pamiętam, że informacje, które Pan mi kiedyś podał o tym, że za w takiej II RP właściwie żywione było prawie tyle samo ludzi ile teraz żyje w Polsce. Główna zmiana, którą by trzeba było przeprowadzić by wyżywić ludzi za 30-40 lat to sprowadzić więcej ludzi na wieś. Jeden człowiek nie jest w stanie "obrabiać" bez paliw kopalnianych kilkuset czy nawet kilkudziesięciu ha jak to ma miejsce w chwili obecnej w USA.

    Wraz z podwyżką ceny żywności i wzrostem pozapracowych kosztów uprawy ustali się pewnie nowa równowaga cenowa i będzie opłacać się zatrudnić więcej ludzi w rolnictwie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Wojciechu - 30 do 40 milionów to mogło być w 1492 roku Indian w obu Amerykach łącznie. Z czego połowa w Meksyku, a reszta drugiej połowy głównie w Peru - tam, gdzie mieli najwyżej rozwinięte cywilizacje.

    Proszę pamiętać, że nie mieli żadnych dużych zwierząt hodowlanych (największym była lama), a to było główne ograniczenie wydajności ich skądinąd bardzo pieczołowitego, wszędzie przypominającego ogrodnictwo - rolnictwa kopieniaczego.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dane dla obu Ameryk mówią o "do 100 mln"
    Tu taki przykładowy link.
    http://en.academic.ru/dic.nsf/enwiki/620752

    Zwierząt żadnych dużych nie mieli, bo ich jeszcze paleolitycznie przodkowie je zjedli!

    Swoją drogą ciekawe czy różnica w psychice między turem a bizonem była na tyle duża, że nie dałoby się z niego zrobić zwierzęcia pociągowego...

    OdpowiedzUsuń
  6. Panie Wojtku, zwracam honor: w 1492 roku mogło być Indian w całej Ameryce Północnej bez Meksyku, czyli w USA i w Kanadzie nawet do 20 milionów (za: Jared Diamond, Strzelby, zarazki i uczeni, str. 183). Populacja stopniała do około miliona do momentu rozpoczęcia intensywnej kolonizacji europejskiej tego kontynentu w drugiej połowie XVII w. na skutek epidemii.

    Bizon to krewny żubra, nie tura. Żubrów zaś i u nas nie udało się udomowić - choć za PRL były czynione w tym kierunku poważne wysiłki! Hybryda żubra z krową, czyli żubroń, jako szybko rosnąca, a karmiona byle czym, miała być odpowiedzią na "problem mięsny". A swoją drogą, jeśli współcześnie w Stanach jest tylko 80 mln krów, to postęp w tej materii jest zgoła żaden! Już w 1910 roku mieli prawie 70 mln sztuk bydła mięsnego wg statystyk, które właśnie odgrzebałem...

    To skąd się biorą hamburgery...? Bo ludność przez ostatnie 100 lat przecież zwiększyła się kilkukrotnie..? Niech Pan nie mówi! Przerabiają surowy mazut, tak..?

    OdpowiedzUsuń
  7. Myślę, że coś do rzeczy ma szybszy wzrost tych krów. Na diecie zbożowo-sojowej rosną one szybciej zatem mimo posiadania tylko kilkanaście procent więcej pogłowia ogólna produkcja wołowiny mogła wzrosnąć dużo bardziej.

    Krowa "na paszach" rośnie chyba jakoś 15 miesięcy a taka z pastwiska osiąga taką samą wielkość w wieku około 2 lat.

    Co ciekawe na zdrowie tak szybki wzrost (na paszach sojowo-zbożowych) krowie nie wychodzi dobrze. Jakoś nie mogę się powstrzymać od porównania tej sytuacji do ludzi. Przykładowo wśród czarnej biedoty (najwięksi beneficjenci pomocy społecznej i zarazem najwięksi konsumenci soi, bo soja jest składnikiem wielu programów żywnościowych) 50% dziewcząt w wieku 8 lat ma pierwsze objawy dojrzałości płciowej!

    Dziwnym zbiegiem okoliczności jest to, że w soi są (niby zdrowe) fitohormony, bardzo przypominające w działaniu estrogen.

    OdpowiedzUsuń
  8. Byłbym zapomniał o mojej ulubionej ;) soi, która zapewne na początku XX wieku nie stanowiła elementu diety Amerykanów. Już na pewno zaś izolatu białka sojowego nie dodawano do hamburgerów.

    Pamiętam, że jak za młodu jadałem wegeburgery z rożnych budek z fastfoodami, to różnicy w smaku jakoś specjalnie nie czułem...

    OdpowiedzUsuń
  9. Właśnie wróciłem z kilkudniowego odpoczynku na małej działce u rodziny.
    W ramach relaksu próbowałem kilka rozwiązań 'permakulturowych' zaadaptować do potrzeb działki.

    Z ciekawszych doświadczeń mogę wymienić próby (w końcu udane) zrobienia własnego węgla drzewnego. Teoretycznie węgiel po nasączeniu moczem miał służyć jako zaczątek działkowego 'terra preta', ale skończył jako paliwo do grilla :)

    Ale nie o tym chciałem... Otóż jednym z największych problemów na niniejszej działce (i na okolicznych też), są choroby drzewek owocowych. Czy poza wzbogacaniem gleby, permakultura ma tu jakieś rady?

    OdpowiedzUsuń
  10. Inny problem to dokuczliwość komarów.
    Jakie rośliny uprawiać w pobliżu domu/altany, które skutecznie i długotrwale (a nie tylko np. w okresie kwitnienia) odstraszałyby komary?

    OdpowiedzUsuń
  11. Ograniczenie konkurencji między poszczególnymi roślinami z tego samego gatunku, zmniejszenie ilości szkodników w ogóle (mszyce np. przenoszą wirusy). Należy wybrać dobre miejsce (brak zastoisk mrozowych), osłonięte od silnych wiatrów, ale nie "duszne", odpowiednie przycinanie drzew.

    Jest sporo czynników. Najważniejszymi jest jednak kwestia wzbogacenia gleby w mikroelementy.

    OdpowiedzUsuń
  12. http://www.swiatkwiatow.pl/poradnik-ogrodniczy/rosliny-odstraszajace-komary-id25.html
    Tutaj spis kilku roślin. Nie testowałem ich, chociaż słyszałem dużo dobrego o roślinie zwanej komarzycą.

    Dobrym i trwałym (choć długoterminowym działaniem) jest zbudowanie/zakup budek na nietoperze. Jeden nietoperz w czasie nocy jest w stanie zjeść około 2000 owadów (tak, dwa tysiące!) .

    OdpowiedzUsuń
  13. Witam
    jeśli chodzi o wzbogacenie gleby w materię organiczną to czy dobrym sposobem jest dostarczenie pociętych pędów malin, maliny były opryskiwane przed zbiorem owoców, i jeszcze jedno pytanie czy można stosować gazetki reklamowe popularnych marketów do ściółkowania gleby chodzi mi o to czy farba może mieć negatywny wpływ na glebę

    OdpowiedzUsuń
  14. Takie pędy są w porządku. Skoro owoce były sprzedawane dla ludzi, to "te trochę" pozostałości pestycydów nie powinno stanowić problemu.

    Gazety i ulotki to również dobry materiał na ściółkę. Te nie świecące rozkładają się szybciej niż te lśniące. W cywilizowanych krajach nie używa się już od kilkunastu lat ołowiu w farbach do papieru, więc ten tusz nie powinien być groźny.

    OdpowiedzUsuń
  15. Witam wszystkich :) bardzo ciekawych i przydatnych rzeczy się tu naczytałam.
    O ile wiem, rośliny, których komary unikają to: kwitnąca pelargonia, liście pomidora, jaskry, wrotycz pospolity, bylica piołun, czosnek niedźwiedzi, bazylia, biedrzeniec anyż, cebula, orzech włoski (prawdopodobnie również ruta).
    Na oknie można umieścić spodki z plastrami cebuli, skórę można smarować sokiem z liści bazylii lub wywarem z liścia orzecha włoskiego gotowanego 10 min w occie jabłkowym(ostrożnie - samoopalacz :)) lub roztworem wodnym witaminy b complex lub mieszanką z 1 Łyżki oliwy z oliwek z kilkoma kroplami naturalnego olejku aromatycznego np: olejkiem anyżowym, goździkowym, eukaliptusowym.

    OdpowiedzUsuń
  16. No jest trochę tych domowych sposobów :) Dzięki Anonimowy.

    OdpowiedzUsuń

Podziel się wiedzą ze znajomymi!