Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowa żywność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowa żywność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 października 2010

Ecotopia

Czasami zadziwia mnie jak oderwani od rzeczywistości są niektórzy ludzie. Tym razem me zdziwienie wywołała radykalna ekolożka* (jak się sama przedstawiała). Ów ekolożka ujawniła się w odpowiedzi na sugestię blogerki Futrzaka, że skrajni ekolodzy chcą powrotu do gospodarki łowiecko-zbierackiej. Radykalna ekolożka radykalnie przeciwko tej tezie zaprotestowała.  Dlaczego? oddajmy głos ekolożce : „o żadnym łowiectwie nie może być bowiem mowy!”**
Jednym zdaniem dała mi tyle amunicji i materiał na całkiem ciekawy wpis zarazem… We wpisie poruszę tematykę ekologii, diety łowców-zbieraczy, weganizmu.
Zaczynamy!

Ta urocza Kitawanka nie jest  łowczynią-zbieraczką. Zwróć proszę uwagę na szerokość żuchwy i gładką skórę. Dieta Kitvan przypomina bogatą w produkty roślinne wersję tego jak odżywiali się nasi przodkowie. Kitawianie mimo braku dostępu do współczesnej opieki medycznej mają średnia długość życia wynoszącą 45 lat (wliczając śmiertelność niemowląt). Przeciętny 50latek może oczekiwać, że pożyje jeszcze około 25 lat. Oprócz tego nie chorują na cukrzycę, choroby serca czy choroby degeneracyjne. Zdjęcie autorstwa:  Staffan Lindeberg
Człowiek jest zwierzęciem wszystkożernym, który z żywnościowego punktu widzenia ma bardzo szeroką niszę ekologiczną. Dieta wielu charakteryzujących się dobrym zdrowiem  społeczeństw pierwotnych różni się od siebie diametralnie. Jednak zwykle gdy jest to możliwe łowcy-zbieracze preferują spożywanie produktów pochodzenia zwierzęcego. Z występujących jeszcze na świecie i przebadanych społeczeństw pierwotnych wg analizy danych Loren Cordain, Janette Brand Miller, S Boyd Eaton, Neil Mann, Susanne HA Holt and John D Speth (1):
  • 73% przebadanych społeczności  łowców-zbieraczy dostarcza powyżej 50% (w przedziale 56-65%)  energii w diecie z produktów pochodzenia zwierzęcego
  • 14% przebadanych społeczności łowców-zbieraczy dostarcza powyżej 50% (w przedziale 56-65%) energii w diecie z produktów pochodzenia roślinnego
  • 58% przebadanych społeczności łowców-zbieraczy dostarcza powyżej 66% energii w diecie z produktów pochodzenia zwierzęcego
  • 4% przebadanych społeczności łowców-zbieraczy dostarcza powyżej 66% energii w diecie z produktów pochodzenia roślinnego
  • 0% z przebadanych społeczności łowców-zbieraczy polega głównie (86-100% energii w diecie) na produktach pochodzenia roślinnego
  • 20% z przebadanych społeczności łowców-zbieraczy polega głównie (86-100% energii w diecie) na produktach pochodzenia zwierzęcego
Reszta wpisu o eco utopii tutaj

piątek, 15 października 2010

Leśny ogród cz.13 Jak zapobiegać chorobom drzew i krzewów owocowych?

Jednym z największych wyzwań dla każdego ogrodnika nie chcącego używać chemii w swoim ogrodzie są choroby roślin. Gryzonie, mszyce i inne szkodniki nie są zwykle aż tak trudne do zwalczenia jak niektóre wirusy, bakterie czy choroby grzybowe. Ich zwalczanie w sadzie konwencjonalnym nie nastręcza większych trudności, choć i to może być problemem w roku z niesprzyjającą pogodą (np. taką jak w tym). Jednemu z moich przyjaciół mimo ochrony chemicznej uschło większość śliw z powodu jakiejś choroby grzybowej albo wirusowej - (pamięć już nie ta co za młodu, więc nie pamiętam szczegółów ;).

Mączniak - jedna z wielu chorób grzybowych roślin. Zdjęcie dzięki uprzejmości Wikipedii.

Rolnicy konwencjonalni korzystając z wielu różnych środków chemicznych (np. fungicydów - środków grzybobójczych) radzą sobie z problemem chorób zwykle poprzez zniszczenie patogenu (czynnika chorobotwórczego).

O ile konwencjonalni sadownicy również stosują różne środki zapobiegawcze, to oni mogą zawsze polegać na środkach chemicznych. Zwykle również stosują rutynowe opryski zgodne z tzw. programami ochrony roślin - sady czy pola konwencjonalne opryskiwane są według pewnego harmonogramu (nawet gdy nie ma śladów danej choroby). Nie oceniam w tej chwili czy to dobrze czy źle (choć Czytelnicy pewnie mają w tej kwestii zdanie wyrobione) - tak po prostu jest.

Osoby chcące mieć ogród ekologiczny lub prowadzące komercyjną uprawę ekologiczną  nie dysponują jednak tak potężnymi a zwłaszcza szybko działającymi środkami chemicznymi i muszą radzić sobie z chorobami innymi sposobami.

Większość z nich polega na wzmocnieniu "odporności" roślin.

W pewnym zakresie sposoby, które stosują sadownicy i ogrodnicy konwencjonalni wykluczają się z tymi stosowanymi przez ekologicznych. Nie chodzi nawet o to, że ogrodnicy ekologiczni za bardzo nie powinni używać Roundup'u (herbicydu totalnego produkcji firmy Monsanto). Nie w tym rzecz również, że ogrodnicy konwencjonalni by nie chcieli stosować pewnych przydatnych praktyk, których używają niektórzy postępowi ogrodnicy ekologiczni. Nie jest tego przyczyną również to, że "konwencjonalni" są źli i sprawia im przyjemność zatruwanie ludzi i środowiska"chemią" i nawozami sztucznymi.
Po prostu sposób w jaki użytkują swoje sady/ogrody wyklucza stosowanie innych. Podobnie jak nie można zjeść ciastko i mieć ciastko (no chyba, że mamy dwa, ale taka sytuacja psuje założenie filozoficzne tego przysłowia :). Przykładowo stosowanie wszelkiego rodzaju fungicydów przeciwko chorobom grzybowym owoców uszkadza (a częściej nawet całkowicie niszczy) grzybnie pożytecznych (zazwyczaj) grzybów mikoryzowych. Drzewo czy krzew bez grzyba mikoryzowego traci "ochronę" (przed innymi grzybami i chorobami) jaką ten grzyb mikoryzowy mu w pewnym stopniu zapewniał - powoduje to więc jeszcze większą potrzebę stosowania  fungicydów w przyszłości...
Podobnie jest ze stosowaniem insektycydów do zwalczania szkodników - jeśli dokona się niektórych skutecznych oprysków na mszyce to giną również pasożytnicze osy, biedronki, złotooki i inne stworzenia, które żywią się (lub pasożytują) na mszycach. A jak już wcześniej pisałem drapieżniki nie są w stanie pokonać konsumentów pierwszego rzędu (w tym przypadku mszyce) w tempie rozmnażania.

Zatem co należy czyni, żeby w naszym leśnym ogrodzie czy na wzniesionej grządce nie było chorób? Co zrobić by mieć ogród bez chemii? Jak ten stan uzyskać najkrócej będzie używając starego, brytyjskiego  powiedzenia (w oryginale "nieeuropejscy" Brytyjczycy ciągle używają wstecznych jednostek imperialnych)

Dekagram zapobiegania wart jest więcej niż kilograma leczenia.
Truizmem będzie napisanie, że chorobom lepiej jest zapobiegać niż je leczyć. Mimo wszystko to napisałem ;) Często jednak zapominamy o tym, że zasada ta dotyczy również chorób roślin. Jak zatem zapobiegać chorobom roślin? Należy kierować się podanymi niżej wskazówkami (i pewnie kilkoma innymi o których nie napisałem):

Zadbaj o mikroelementy w glebie
Zarówno ludzie, zwierzęta jak i rośliny lepiej się mają gdy mają dostęp do wszystkich potrzebnych im mikroelementów. Niedobór żelaza w diecie ludzi będzie prowadził do anemii, niedobory cynku m.in. do wolniejszego gojenia się ran, pogorszenia kondycji włosów, paznokci i skóry. Jak myślicie, który człowiek przy innych czynnikach takich samych będzie bardziej podatny na choroby? Ten, który niedoborów nie posiada czy ten którego skóra jest w kiepskim stanie, sucha;  leży w szpitalu z powodu anemii i skarży się pielęgniarce, że pościel go przygniata?

W świecie roślin jest podobnie, z tym, że poszczególne pierwiastki i mikroelementy pełnią inne funkcje. Czy wiesz, że budowa chlorofilu (zielonego barwnika w roślinach, które umożliwia przeprowadzanie procesu fotosyntezy) jest niemal identyczna jak budowa hemoglobiny (substancji, która umożliwia transport tlenu we krwi). Jedyna różnica to obecność w chlorofilu magnezu zamiast żelaza. Ponownie zapytam : Jak uważasz, że wpłynąłby na zdrowie kobiety w ciąży niedobór żelaza w diecie? Jak myślisz, że wpływ na zdrowie roślin niedobór magnezu w glebie lub występowanie go w formie niedostępnej dla roślin?
Zauważ proszę, że to co chcemy osiągnąć z większością drzew i krzewów owocowych to ułatwić im wydanie na świat ich "dzieci" (które my w pewnym momencie zjadamy). :/ 

Wysiłek jaki ma przed sobą jabłoń owocowa w pewnym sensie przypomina ciążę. Naszym celem jako ogrodników jest by była to ciąża możliwie mnoga.:) Im lepiej zaspokoimy potrzeby naszej "matki" (w mikro i makroelementy) tym większy plon wyda i tym mniej osłabiona będzie (co zapewni obfite plonowanie również w następnym roku). Dobrymi sposobami by pomóc zaspokoić zapotrzebowanie na mikroelementy jest stosowanie mączki bazaltowej i soli morskiej. Czasami trzeba również doprowadzić pH gleby do odpowiedniego poziomu by mikro i makroelementy były dostępne dla roślin. Zwykle w warunkach Polski to pH trzeba podnosić poprzez np. wapnowanie. Zdarzają się przypadki a nawet jest to dość częste, że danego pierwiastka w glebie jest w bród, niestety z powodu pH jest on dla roślin praktycznie bezużyteczny. Idealne pH gleby dla większości roślin to 6,4 - wtedy większość pierwiastków potrzebnych roślinom jest dla nich dostępna. Wyższe pH zapobiega również przed pobieraniem przez rośliny pierwiastków toksycznych  (metali ciężkich) dla człowieka (glin-Al, ołów-Pb, kadm-Cd...)

Tabela przedstawiająca dostępność poszczególnych pierwiastków dla roślin w zależności od pH gleby. Pozyskane na zasadzie fair use ze strony Uniwersytetu Południowej Walii.

Dbanie o grzyby mikoryzowe w glebie również powinno pomóc, gdyż mogą one dostarczać substancje mineralne (i wodę) roślinom w sytuacji gdy one (bez grzybów) nie dałyby sobie rady. Grzyby produkują silne enzymy, które są w stanie rozpuszczać skały oraz związki które powstały z powodu zakwaszenia gleby (a które są niedostępne dla roślin). Punktem wyjścia w kwestii dbania o grzyby mikoryzowe jest nie używanie środków grzybobójczych, w miarę możliwości pozostawianie sporej ilości martwej materii organicznej na powierzchni gleby, nie oranie czy może szerzej nie wzruszanie gleby (czyli należy ograniczyć również używanie np. glebogryzarki).

Jeśli wykonamy analizę gleby i okaże się, że jakiegoś mikroelementu brakuje, może potrzebne będzie użycie nawozu sztucznego, który dany składnik zawiera? Niektórymi pierwiastkami śladowymi nawozi się pola czy sady w ilości kilkudziesięciu - kilkuset g na ha, raz na kilka lat. Uważam, że to uzasadnione użycie techniki i energii nieodnawialnej o czym pisałem więcej w permakulturowym credo. Jakby nie było przecież zasoby nieodnawialne zostaną na coś zużyte, to czy nie lepiej by zostały przeznaczone na długoterminową poprawę gleby a nie jakieś nowe gadżety, które po roku zmienią się w śmieci?
Taka "wybrakowana" gleba będzie dawać plony deficytowe w dany składnik (lub składniki), co może powodować różne niemiłe problemy zdrowotne u roślin, ludzi i zwierząt. Tego typu działanie jest szczególnie pożądane jeśli chcemy większość żywności produkować u siebie na posesji a ograniczyć spożywanie jedzenia z zewnątrz. W takim przypadku większość żywności którą byśmy spożywali byłaby deficytowa, więc jej długotrwałe konsumowanie na pewno odbiłoby się negatywnie na naszym zdrowiu, a tego przecież nie chcemy, prawda?

Dobrymi, naturalnymi i uniwersalnym środkami do nawożenia mikroelementami jest mączka bazaltowa i woda lub sól morska.

Zminimalizuj stres swoich roślin
W tym przypadku chodzi o stres roślin, choć oczywiście "wyluzowanie" w życiu również jest pożądane. Przyczyną stresu u roślin (a u nas z powodu chorób tychże!) mogą być następujące czynniki - od razu piszę jak dany czynnik zminimalizować:
  • Nieodpowiednie warunki wodno-glebowe - roślina może rosnąć w zbyt suchym/wilgotnym miejscu. Może rośnie w zbyt lekkiej glebie, może w zbyt ciężkiej? Jeśli gleba jest zbyt sucha to może warto wykopać swale'a albo rów zapobiegający erozji wodnej?
    W prawie każdym wypadku w razie wątpliwości warto zwiększyć poziom materii organicznej czy to na małym czy to na dużym obszarze. Zaszkodzi nie zaszkodzić a może pomóc...
  • Nieodpowiednie warunki świetlne -  tu rozwiązanie jest proste albo za gęsto się posadziło albo za rzadko. Jeśli za gęsto to sekator/piła w dłoń (czasami trzeba pamiętać o metryce drzew...), jeśli za rzadko (za dużo światła) to może warto pomyśleć o jakichś roślinach na wyższe piętra do produktywnego leśnego ogrodu?
  • Nadmiar/niedobór nawożenia - opisane zostanie w osobnym  punkcie poniżej
  • Nieodpowiednie sąsiedztwo roślin (np. jabłoń posadzona nieopodal orzecha włoskiego). Może warto poczytać o dobrym sąsiedztwie roślin (tzw uprawie współrzędnej)  i o gildiach roślinnych?
  • Nadmierna konkurencja wśród roślin (rośliny posadzone są zbyt gęsto) - po solidnym zastanowieniu wyciąć część drzew/krzewów/roślin lub jeśli to możliwe przesadzić je w inne miejsce. Stres ten często występuje w starych, zdziczałych sadach.
  • Wilgotne, "duszne" stanowisko - możliwe, że nasz żywopłot jest zbyt gęsty i nie przepuszcza odpowiedniej ilości powietrza. Zwykle produktywny żywopłot mający chronić uprawy wystarczy by zatrzymywał 80-90% siły wiatru. Niemal nieprzepuszczalne żywopłoty (np. z tuj) lepiej zostawić by ochraniać zimą zwierzęta, dom czy budynki gospodarcze od zimnych wiatrów czy hałasu (np. od torów czy ruchliwej drogi).
  • Zastoisko mrozowe - w tym przypadku dużo nie można zrobić poza doborem odpowiednich gatunków roślin. Inna opcja (nie zawsze możliwa do zrealizowania) to odpowiedni żywopłot, który sprawi, że mróz "spłynie" w dół (jakby mogło być inaczej ;), po skośnie (względem stoku) posadzonym żywopłocie. Z drugiej strony źle zaprojektowany może sprawiać, że w miejscu w którym wcześniej nie było zastoiska może się takowe tworzyć.
  • Ataki szkodników owadzich - opisane zostaną również w osobnym punkcie
  • Uszkodzenia mechaniczne spowodowane np. silnym wiatrem (co może nastąpić gdy sad czy ogród nie są otoczone produktywnym żywopłotem lub gdy drzewa czy krzewy zostaną uszkodzone przez dzikie bądź domowe zwierzęta.

Podobnie jak u ludzi stres roślin ma zwykle niekorzystny wpływ na produktywność. Minimalny jego poziom jest korzystny w przypadku roślin również (to jednak temat na cały osobny wpis). Zwykle jednak tego stresu nasze rośliny mają aż nadto, więc lepiej zrobić wszystko by nasze rośliny miały lepiej. Nie zawsze jednak to lepiej oznacza łatwiej, co opisałem we wpisie dotyczącym "trenowania korzeni" w produktywnym leśnym ogrodzie.


Nawożenie we właściwym czasie i odpowiedniej dawce.
Wcześniej wspomniałem już o nawożeniu mikroelementami, teraz czas skupić się na nawożeniu "głównymi" pierwiastkami - tymi, które potrzebne są roślinom w większych ilościach. Wiele chorób jeśli nawet nie spowodowanych jest przez szeroko pojęte złe nawożenie, to to złe nawożenie bardzo mocno przyczynia się do chorób roślin. Jednym z takich przypadków jest późne (w przypadku nawozów szybko działających jak np. mocz to sierpień i później) nawożenie azotowe drzew i krzewów. Takie działanie pobudza roślinę do wzrostu wegetatywnego (gałęzie i liście). Powoduje to, że na zimę roślina ma sporo młodych, niezdrewniałych części, które są bardzo podatne na uszkodzenia mrozowe. Te rany powstałe w wyniku zimy są później wrotami zakażenia (miejscem w który do organizmu wdzierają się) patogenów. Porównując rośliny do człowieka raczej kiepskie są rokowania człowieka, który bez dostępu do fachowej opieki medycznej ma wiele odmrozin. Nie lepiej po prostu "założyć rękawiczki" czyli nie nawozić późno roślin nawozami bogatymi w azot?

Kolejnym przypadkiem w którym zbyt intensywne nawożenie może wpływać negatywnie na zdrowie roślin jest zbyt intensywne nawożenie nawozami azotowymi (obornikiem, kurzeńcem, gnojówką, gnojowicą, gnojówką z bogatych w azot roślin..). O ile samo w sobie zwykle to nawożenie nie wywołuje jakiejś strasznej choroby (czasem można rośliny "spalić", ale chyba zgodzimy się, że to nie jest choroba a stan (przed)śmiertelny :) roślin. To nadmierne nawożenie bardzo lubią mszyce, które roznoszą choroby, o czym przeczytasz poniżej.

Czasami grzyby np.antraktoza orzecha atakuje dorosłe drzewa. Jeśli to się stanie to za bardzo nie można już wyplenić tej choroby. To co można jednak zdziałać to odpowiednio nawozić (dość obficie np. do 17g azotu na m2 na rok). Większość tej dawki powinna zostać zaaplikowana na wiosnę. Stosując ponownie odniesienie do człowieka to zachowanie przypomina podawanie nieuleczalnie choremu człowiekowi odpowiedniej ilości wysokiej jakości żywności bogatej w witaminy, białko i tłuszcz, by ten mógł lepiej i dłużej znosić walkę ze śmiertelną chorobą do końca swych dni.

Weź się za kontrolę szkodników osobiście lub zatrudnij robotników, którzy będą to robić za mniej niż miskę ryżu dziennie.
Chodzi o zmniejszenie populacji różnych szkodników np. Mszyc. Same mszyce oprócz tego, że mogą zeżreć część naszych upraw to przenoszą jeszcze różne choroby. Przypomina to sytuację gdy umawia się na kolacje ze śniadaniem z (za)bardzo nowo poznaną osobą. Samo takie spotkanie może być niebezpieczne (możemy zostać okradnięć, otumanieni narkotykami... To zagrożenia bezpośrednie. Drugą grupą zagrożeń związanych z takim postępowaniem mogą być właśnie rożnego rodzaju choroby francuskie. Niektóre z nich mogą  mieć bardzo nieprzyjemne i długofalowe konsekwencje. Z roślinami jest podobnie - jeśli ograniczy się tego typu niebezpieczne "wypady" poprzez zmniejszenie ilości szkodników to i chorób przez nie przenoszonych będzie mniej.

To oczywiście nie wszystkie sposoby w jakie można zapobiegać chorobom roślin w leśnym ogrodzie i na permakulturowej grządce. Nie mniej myślę, że może stanowić jakiś punkt odniesienia.

środa, 13 października 2010

Permakulturowe credo

Czasami zadziwia mnie jak podobne toczą się moje i Pana Jacka blogowe dzieje. Kilka dni temu Pan Jacek był zmuszony napisać wpis pt. "Credo". Dziś podobne okoliczności zmuszają również mnie (komentarze) bym i ja swą wiarę na łamach bloga publicznie wyznał...

Również podobnie do prowadzącego bloga Konie achałtekińskie i... inne sprawy! użyte zostały wobec mnie różne, czasem sprzeczne i wykluczające się epitety (nie wszystkie oczywiście od tych samych osób).
Byłem/jestem:
  • ekologicznym utopistą
  • lewakiem
  • agentem NWO - New Word Order  (z ang. Nowego Porządku Świata)
  • ignorantem rolniczym
  • teoretykiem
  • krwiożerczym kapitalistą, którego sposób myślenia hańbi rolnictwo ekologiczne
Wcale ciekawa kombinacja, nieprawdaż?
Nie zajmowałbym jednak Waszego cennego czasu, gdybym nie miał czegoś do powiedzenia (w końcu poplotkować lepiej jest np. o Michale Żebrowskim - jest słynniejszy i przystojniejszy niż ja a i życie uczuciowe pewnie ma bogatsze..).

Myślę, że przedstawienie mojego punktu widzenia najpierw na rolnictwo ekologiczne a później na inne spraw (światopoglądowe) pozwoli lepiej zrozumieć co mną kieruje a Czytelnikom tego bloga lepiej filtrować wiadomości/opinie które tu głoszę. Może nie chcecie czytać moich wpisów bo tyle w nich piszę o pieniądzach a jesteście przeciwnikami pieniądza?

Tzw. uprawa ekologiczna w Kalifornii (podpis pod zdjęciem na Wiki tak przynajmniej twierdził ;).

Jakie jest moje podejście do rolnictwa ekologicznego i ekonomii?

W kwestii rolnictwa ekologicznego również jestem agnostykiem - wiele rolników posiadających tzw. certyfikat ekologiczny ma go głównie dzięki znajomościom wśród osób dokonujących inspekcji ekologicznej (jak dane gospodarstwo jest prowadzone) czy/i wykonywaniu większości (konwencjonalnych) zabiegów ochrony roślin w godzinach nocnych. Uważam, że papier łyknie wszystko - nawet zaświadczenie z pieczątką, że dany produkt jest ekologiczny. Chcesz mieć ekologiczną żywność? Wyprodukuj ja sam lub dobrze poznaj rolnika, który tą żywność produkuje, od czasu do czasu go kontroluj. Znajomych jakoś głupio oszukiwać, nie uważasz?
Pieniądze nie są złe - to jedno z nielicznych narzędzi chroniących słabych przed wyzyskiem przez silnych. Zdjęcie dzięki uprzejmości Wikipedii


Na ramach bloga bardzo dużo miejsca poświęcam kwestii produktywności poszczególnych technik czy metod. Uważam, że jeśli żywność produkowana przez rolników ma być zdrowsza, to ta zdrowsza produkcja musi być dla rolnika opłacalna. Chyba Czytelnicy bloga nie uważają, że rolnicy to psychole, którzy używają tzw. "chemii", żeby zabić swój naród? Rolnicy w chwili obecnej używają "chemii" ponieważ to się opłaca. Rozwijając myśl to dlatego oficjalne uprawy ekologiczne zajmują tylko około 1% powierzchni wszystkich upraw. Najprawdopodobniej z powodu tego, że Polacy są zbyt biedni by kupować droższą żywność bo rolnik musi zarobić na jednostce jedzenia więcej niż rolnik konwencjonalny  (wydajność z ha większości upraw ekologicznych jest mniejsza niż ta z upraw konwencjonalnych). Jako, że znane jest mi podstawowe prawo ekonomii - prawo popytu i podaży uważam, że zwiększenie wydajności produkcji żywności ekologicznej z ha spowoduje obniżenie cen tych produktów. To chyba jasne?

Zysk nie jest zły!
Dobrym przykładem są m.in. inspiratorzy tego wpisu - Los alpaqueros. Z mojej pobieżnej analizy ich bloga wywnioskowałem (proszę o sprostowanie jeśli się mylę), że Los alpaqueros żyją ze sprzedaży produktów z wełny alpak. Wełna alpak charakteryzuje się wieloma bardzo korzystnymi właściwościami. Jednak z racji niskiej wydajności produkcji tej wełny produkty te są bardzo drogie. Cena czapki zaczyna się od 100 zł, "szal pięknie ręcznie utkany to 500-600 złotych" (dane od Los alpaqueros). Zapewne te czapki i szaliki są świetne, sposób w jaki traktowane są zwierzęta na pewno wzorcowy, a gleba z każdym rokiem na takim alpaczanym pastwisku staje się coraz lepsza, jednak... nie każdego na nie stać! W Biedronce można kupić komplet czapka + szal za 20 zł. Uwzględniając, że bawełna (której użyto do produkcji czapki) to roślina wymagająca używania ogromne ilości pestycydów,  nawozów sztucznych i wody wydaje się oczywiste, że kupowanie szalików i czapek z ekologicznej wełny alpaki jest dla środowiska lepsze niż zakup tejże odzieży z bawełny.
Niestety właśnie z racji wydajności  ubieranie się w świetną pod każdym względem (poza finansowym) w wełnę z alpaki przez osoby zaopatrujące się w Biedronce należy w chwili obecnej do krainy fantazji. Realia ekonomiczne wpływają zatem fatalnie na stan środowiska... Jeśli wydajność produkcji wełny z alpaki wzrosłaby w przeciągu 10 lat  np. dziesięciokrotnie (również fantazja) to zapewne cena poszłaby w dół, więc i biedny "biedronkowy" lud mógłby cieszyć się tym świetnym produktem. Poprawa produktywności produkcji wełny z alpaki przyczyniłaby się do zmniejszenia popytu na bawełnę (zakładając na potrzeby przykładu, że to substytut) to zaś spowodowałoby zmniejszenie zużycia "chemii" na Ziemi. To znowuż zastosowanie prawa popytu i podaży. Kiedyś takim luksusem był również samochód, telewizor, komputer... Może kiedyś produkty z alpaki trafią pod strzechy (dachówki czy papy ;) ? Czas pokaże.

Oczywiście nie potępiam tego, że wytwarzają produkt luksusowy a nie np. jajka, jabłka czy kapustę dla ludu - Los alpaqueros znaleźli swoją niszę i to ich sprawa jak zarabiają na życie. Osobiście również  zamierzam sprzedawać jeden lub dwa bardzo drogie produkty roślinne... (teraz nie napisze jakie, bo chcę się najpierw w mojej niszy "ustawić" jako pierwszy - bycie pierwszym  to świetna pozycja marketingowa :) Sami Los alpaqueros podkreślają ten atrybut (chociażby względem mnie), co jeśli produkowałbym wyroby z wełny alpaka byłoby rzeczywiście ich dużym plusem w oczach klientów tego luksusowego dobra.

Co zrobić z tymi, których interesuje tylko kasa?
Należy również zauważyć, że część rolników (jak i ludzi w każdej innej branży) nie kieruje się wzniosłymi hasłami o miłości do ziemi, zwierząt, ekologii i ochrony środowiska, tylko patrzy na zysk. Tak, ten "zły" wyrażony w pieniądzach! Logiczne jest zatem, że jeśli produkcja choć trochę bardziej zgodna z naturą i przyjazna dla środowiska będzie dla nich bardziej zyskowna, to skorzystają na tym również konsumenci (spożywający żywność w których zawartość pestycydów będzie np. o 40% mniejsza niż w innej "konwencjonalnej" żywności). Nie jestem ekologicznym trockistą*, który uważa, że "rewolucja permakulturowa" musi zwyciężyć na całym świecie i nie ma innej opcji (swoją drogą Trocki miał rację - to jednak nie temat na tego bloga..). Dobrym i bardziej realnym oczekiwaniem jest wprowadzenie do mainstreamu (głównego nurtu) choć części "permakulturowych" technik. Jak chociażby agroleśnictwo w którym czasami stosuje się nawozy sztuczne (nie jest to reguła). Są one wtedy lepiej wykorzystywane niż na normalnych gruntach ornych. To chyba dobrze, jeśli mniej nawozu trafi do rzek, jezior i wód gruntowych a więcej zostanie wykorzystane do tego celu w jakim ten nawóz został stworzony?
Jak również łatwo się domyślić im większy zysk (ceteris paribus) tym więcej do branży ekologicznej przyciągnie się ludzi nie myślących o wspomnianej wcześniej miłości do ziemi a o pieniądzach. Statystycznie rzecz biorąc pewnie część z tych ludzi nie będzie konsumentów oszukiwać, jak to się często słyszy "w branży"...

Pośrednio można było poznać moje podejście do "tych" kwestii gdy pisałem o używaniu nawozów sztucznych w gospodarstwie permakulturowym. Nawozy sztuczne to nie jest diabeł wcielony - w pewnych okolicznościach mogą być bardzo przydatne. Stanowią one pewne narzędzie w repertuarze permakulturnika. Oczywiście jest to narzędzie kosztujące pieniądze (znowu ten krwiożerczy kapitalizm przeze mnie przemawia!) oraz nie pozbawione czasami skutków ubocznych dla środowiska i ludzi. Również nie widziałbym problemu w dodawaniu różnych nawet "sztucznych" mikroelementów czy pierwiastków śladowych do gleby jeśli sytuacja by tego wymagała**. Skoro rozprowadzenie kilkuset g jakiegoś pierwiastka na ha raz na kilka-kilkadziesiąt lat ma zwiększyć o kilka procent roczne plony z ha, zdrowie roślin, zwierząt i ludzi to czemu tego nie dokonać? W imię  ideologii ekologizmu czy certyfikatu ekologicznego? Socialismo o muerte!? Nie, dziękuję, nie skorzystam.

Również dlatego, że jestem zwolennikiem wolnego rynku poświęcam sporo miejsca różnym "pierdołom" typu współczynnik konwersji paszy czy projektowaniu produktywnego żywopłotu. To dlatego poruszam kwestie kontrowersyjne, które pewnie nie przynoszą mi splendoru u miłośników mainstremowej "ekologii" typu karmienie zwierząt odchodami czy trzymanie zwierzą zimą w głębokim gnoju ;)
Chcę, żeby rolnictwo ekologiczne (czy zbliżające się do tego ideału) było opłacalne nawet bez dopłat (bo nie lubię socjalizmu) z UE (których przyszłość jest nie do końca pewna).

Poza tym każdy zrównoważony system musi produkować nadwyżki (również jedna z permakulturowych zasad). Także te finansowe. Możemy na łamach bloga pisać o "kwiatkach, pszczółkach i jednorożcach", że są bardzo miłe, ekologiczne  i urocze, jednak jeśli ta wiedza nie będzie miała przełożenia na finanse, to skorzystają z niej najprawdopodobniej tylko przydomowi ogrodnicy. Ci zaś gospodarują na powierzchni mniejszej niż... 1% Polski? Rolnicy zajmują ponad 60%.
Pieniądze nie są najważniejsze (dla mnie), jednak dla niektórych tak, dlatego (pompatycznie pisząc) dla dobra Ziemi "permakultura i "ekologia" musi się opłacać.

Kim jestem?
Konserwatywnym libertarianinem (libertarianizm to taka skrajniejsza wersja liberalizmu), agnostykiem szanującym tradycję rzymsko-katolicką w której się wychowałem i chcący ją zachować w moim kraju. Mam firmę i wbrew pozorom z żądzy zysku nie wylewam do okolicznego jeziora toksycznych ścieków nocami - niektórzy krwiożerczy kapitaliści (z tym kapitałem to jeszcze aż tak wesoło nie jest  i w sumie to dla mnie komplement nazwanie mnie kapitalistą ;) też chcą żyć w czystym środowisku, jeść zdrową i smaczną żywność, pić dobre wina owocowe, cydr i nalewki (takie domowej roboty, nie z Lidla za 3 zł ;), spędzać czas z rodziną, chodzić po lasach, blogować, czytać książki... Chciałbym mieć jakąś dobrą broń palną by ludzie przynajmniej w moim otoczeniu byli bardziej sobie równi ;)
Autorytetom poddawać się nie lubię, chyba, że ten autorytet jest "autorytetem naturalnym" (posiada bogatą wiedzę z danej dziedziny, przymioty charakteru..).  Autorytetów "formalnych" (urzędników, nauczycieli w szkole...) nigdy nie lubiłem i staram się jak mogę spod ich władzy się wyzwolić.Byłbym zapomniał nie uznaję autorytetów ani "prawd objawionych" III RP.

Z tradycyjnej wiedzy często korzystam uważając, że po co na nowo wymyślać koło? Tradycyjny sposób gospodarowania jest dla mnie zwykle punktem wyjścia, wyszukuję jednak sposobu jak tą tradycję poprawić, by przyszłe pokolenia dysponowały jeszcze lepszą "tradycyjną" wiedzą.

Nie wierzę w magię, wróżki i te inne sprawy, choć jednocześnie rozum żadnym bogiem dla mnie również nie jest.

Z istotnych spraw to jestem sceptyczny wobec globalnego ocieplenia - wiele osób robi na tym dobre pieniądze. Nie byłoby w tym nic złego gdyby był to biznes do którego nie trzeba zmuszać ludzi. Ja w przeszłości również chciałem być w tej branży, ale sumienie jakoś mi nie pozwalało.
Aha i nie jestem wegetarianinem.


Najprawdopodobniej z umiłowania wolności i chęci robienia różnych eksperymentów nie będę się starał o uzyskanie certyfikatu ekologicznego.

Amen!

I co Wy na to?

P.S. Jeśli kiedyś będę miał takie ego jak Prezydent Lech Wałęsa czy Los alpaqueros to proszę zdzielić mnie w twarz z zaskoczenia. Jak zapytam "za co to?"  odeślijcie mnie do tego wpisu. Obiecuję, że nie oddam, bo będę wiedział, że zasłużyłem!

*Mam nadzieję, że to jednocześnie nie czyni mnie to ekologicznym stalinistą :)
**Niektóre gleby w Polsce i na świecie charakteryzują się naturalnym deficytem różnych pierwiastków. Wyłączne spożywanie żywności na takiej glebie doprowadza do różnych chorób zwierząt i ludzi.

sobota, 2 października 2010

Leśny ogród cz. 12 - Duże i małe drzewa na działce

Roślinność w produktywnym leśnym ogrodzie składać się może z 7 poziomów. Te piętra zaczynając od najwyższego to:
  1. Wysokie drzewa, korony drzew 
  2. Niskie drzewa i wysokie krzewy 
  3. Niskie krzewy zwykle cieniolubne
  4. Zioła i rośliny zielne
  5. Warstwa korzeni
  6. Niskie rośliny okrywowe
  7. Pnącza
Dzisiejszy wpis chciałbym poświęcić kwestii wysokości drzew i tego jakie konsekwencje ma stosowanie wysokich i  niskich drzew w leśnym ogrodzie.

We współczesnym sadownictwie odchodzi się od sadzenia wysokich drzew. Przyczyną tego trendu jest:
  • większa wygoda zbioru
  • lepsza wydajność zbioru (mniej roboczogodzin poświęca się na zbiór owoców)
  • łatwość przeprowadzania zabiegów pielęgnacyjnych na niskich drzewkach
  • trudności z pozyskaniem siły roboczej na wsi (przynajmniej w Polsce)
  • możliwość posadzenia większej ilości drzewek na jednostce powierzchni (ważne dla właścicieli małych ogródków, którzy cenią różnorodność)
  • szybciej uzyskuje się pierwsze plony
Mimo, że duże drzewa mają swój urok to mają również wady. W produktywnym leśnym ogrodzie również czasami lepiej jest sadzić drzewa mniejsze niż większe...

To potężne, porośnięte bluszczem drzewo zajmuje sporo miejsca.Podpatrując naturę widzimy, że przestrzeń pionową można wykorzystać do uprawy jadalnych pnączy, choć zbiór byłby pracochłonny. Starożytni Rzymianie uprawiali winorośl na topolach. Oni wykorzystywali do zbioru  niewolników! Jeśli jednak to Cię nie zniechęca można wykorzystać wysokie drzewa do uprawy np. mrozoodpornego kiwi. Zdjęcie zrobione w parku w Arcugowie.
Kiedy lepiej jest posadzić mniejsze drzewo owocowe, nawet jeżeli mamy miejsce na duże?
Główną wadą wysokich drzew produkujących owoce jest jakość owoców po tym jak te spadną na ziemię. Jabłka i gruszki (nie wszystkie odmiany) odbarwiają się i zaczynają gnić. O ile brzydki wygląd nie stanowi problemu gdy owoce chcemy jeść bezpośrednio, to nawet najmniejsze nadtłuczenie jabłka czy gruszy niemal uniemożliwia jego przechowywanie przez dłuższy czas.

Zależność jest zatem prosta - drzewa z niższego drzewa spadają z mniejszej wysokości, zatem wszelkie uszkodzenia owoców będą mniejsze lub ich wcale nie będzie. Owoce z niższych drzew łatwiej jest również zebrać w czasie gdy są bardzo dojrzałe a jeszcze nie spadły - znajdują się przecież zwykle niemal na wysokości naszego wzroku - nie musimy wchodzić na drzewo by ocenić ich dojrzałość.

Kolejnym przypadkiem, kiedy warto sadzić mniejsze drzewa, to jeżeli nasza sprawność fizyczna nie jest najlepsza lub jeżeli jesteśmy już w podeszłym wieku. Zwykle niestety ludzie na starość nie stają się sprawniejsi - zbiór z drabiny, nie mówiąc już nawet o wspinaniu po drzewach może być w podeszłym wieku bardzo utrudniony.

Ostatnim przykładem drzewa, które wygodniej jest by były niskie to drzewa dające liście na sałatki np lipy. W tym przypadku jednak dużo bardziej istotne jest jej regularne przycinanie (tak by liście rosły w zasięgu naszej ręki) niż stosowanie konkretnej skarlającej odmiany.

Jakie drzewa w leśnym ogrodzie mogą być wysokie?

Najlepszymi kandydatami do piętra wysokich drzew w leśnym ogrodzie są drzewa, które dają wszelkiego rodzaju orzechy (botanicznie rzecz biorąc) czyli orzech włoski, kasztany hybrydowe, pekany, dęby, miłorząb na orzechy (uwaga na smród!) czy inne drzewa produkujące dużo kalorii z ha.

Dodatkowo wszelkiego rodzaju drzewa, które mają stanowić żywność dla dzikich zwierząt nie muszą być niskie - ptaki czy wiewiórki mają czas i umiejętności by się do nich dobrać. Podobnie niektóre drzewa paszowe, które dają owoce jak np. morwy dla kur mogą być wysokie - dojrzałe owoce i tak spadną.

Nie widzę również powodu, by owoce przeznaczone na przetwory musiały być idealnie wyglądające. Dwa przykłady to jabłka i gruszki uprawiane na kompot, ocet, wino*, bimber czy cydr**.

Kolejną grupą drzew, które mogą być wysokie to drzewa wiążące azot jak np. olcha czy robinia akacjowa - im większe będą tym więcej azotu będą wiązać dla naszego leśnego ogrodu.

Równie wysokie mogą być drzewa tworzące żywopłot. Zależność jest prosta - im wyższe drzewa, tym większy teren dana grupa drzew będzie chronić.

Wyższe drzewa możemy również sadzić, gdy mamy dzieci, które będą mogły wspinać się po nich i zbierać z nich plony. Z moich obserwacji i pamięci wynika, że najlepiej nadają się do tego dzieci w wiek 7-15 lat. Powyżej tego wieku nastolatkowie często uważają, że chodzenie po drzewach jest "dla dzieciaków" i wykonywać tej czynności nie chcą.

Oczywiście wielkość drzew trzeba dostosować do indywidualnej sytuacji - w małym ogródku raczej nie warto jest sadzić kasztana jadalnego czy orzecha włoskiego. Lepiej to miejsce poświęcić na 5 innych, owocowych drzew na podkładkach półkarłowych lub karłowych...

Napisz proszę swoje przemyślenia dotyczące stosowania niskich i wysokich drzew w leśnym ogrodzie.

*wiem, że wg wytycznych UE wino robi się tylko z winogron - dlatego celowo używam tego określenia :)
**cydr gruszkowy istnieje, również go piłem

czwartek, 16 września 2010

Permakultura i zwierzęta cz.4 - Króliki - mięso z przydomowego ogródka.

Wielu osobom wydaje się, że w przydomowym leśnym ogrodzie można produkować tylko rośliny, no może jeszcze kilka jajek dziennie - by produkować własne mięso, trzeba mieć naprawdę spory obszar ziemi idący co najmniej  w hektary. Mam nadzieję, że uda mi się przekonać Was, że do "produkcji mięsnej" (jakie mocne słowa) nie trzeba mieć hektarów...

Jakie zwierzęta najbardziej nadają się do hodowli w przydomowym ogrodzie?

Zwierzęta, które byłyby przydatne do ogródkowej produkcji mięsa powinny charakteryzować się przynajmniej częścią z wymienionych tu cech:
  • szybko i łatwo się rozmnażać
  • szybko dorastać
  • mieć dobry współczynnik konwersji paszy (potrzebować małą ilość jedzenia do wyprodukowania danej ilości mięsa)
  • nie być hałaśliwe 
  • być łatwe w obsłudze
  • dawać zdrowe mięso
  • być oczywiście smaczne!
Mój pierwszy typ to króliki

Króliki to zwierzęta typowo roślinożerne potrzebują do optymalnego wzrostu paszę roślinną o zawartości białka około 16-18%. Komercyjna produkcja mięsa króliczego opiera się na stosowaniu granulatów paszowych i pasz gospodarczych (takich, które można wyprodukować we własnym gospodarstwie).

Standardowo na zaspokojenie potrzeby przeciętnej rodziny zwykle wystarcza mieć 4-5 króliki, będą służyć za stado podstawowe (które będzie służyć do dalszego rozrodu). Z tych 4-5 królików oczywiście jeden musi być samcem. Oznacza to, że będzie można mieć 3-4 samice.

Przeciętna samica dostarcza (w hodowli komercyjnej) około 36, gotowych na rynek królików na rok. Oznacza to, że w skali roku można uzyskać z jednej samicy (i samca oczywiście :) około 100 kg królików czyli około 50 kg mięsa. Wartości te należy w przypadku chowu przydomowego, braku wiedzy i doświadczenia w hodowli królików obniżyć. Zwłaszcza jeżeli naszym priorytetem nie jest hodowla królików najbardziej ekonomicznie a najbardziej zdrowo dla nas i środowiska (czyli z ograniczeniem zbóż, nasion roślin strączkowych, odpadów piekarniczych...). Z 3-4 samic można zatem przy odrobinie szczęścia uzyskać około 120-150 kg mięsa króliczego lub około 2 króliki na tydzień. To sporo.

Ile paszy potrzebują króliki i co jedzą?

Jedna samica z młodymi odchowanymi do wagi rzeźnej (około 2,5 kg) zjada około 100 kg wartościowej, suchej paszy (siano + granulat). Odpowiednio więcej gdy podaje się zielonkę (świeże rośliny) - siano ma wilgotność kilkunastu procent , zielonka zwykle 75-90%. Ilość ta dotyczy hodowli komercyjnej - w przypadku chowu przydomowego z racji możliwego wolniejszego wzrostu królików ilość paszy do odchowania królików może ulec zwiększeniu.

Dzikie króliki to zwierzęta przystosowane do jedzenia paszy o stosunkowo niskiej wartości odżywczej - trawy, zioła, liście, gałęzie.. Wykorzystują również bakterie do zwiększania wartości odżywczej swego pokarmu.

Jeśli jednak nie chcemy hodować królika do wagi rzeźnej rok musimy zadbać o to by miał odpowiednią paszę - stosunkowo bogatą w białko i kalorie. Wspomniałem wcześniej, że pasza dla królika powinna zawierać około 16-18% białka by szybko rósł. Znalazłem spis roślin, którymi można karmić króliki wraz z opisem właściwości leczniczych poszczególnych rodzajów roślin. Proszę tylko pamiętać, że opisane tam rośliny są przedstawiane pod katem żywienia królika-zwierzaka domowego a nie królika przeznaczonego na cele spożywcze. Nie widzę przeciwwskazań by karmić królika np. orzechami włoskimi pod koniec tuczu, by obrósł w tłuszcz.

Króliki mogą spożywać produkty, które w innym przypadku musiałyby wylądować w śmieciach lub w najlepszym przypadku na pryzmie kompostowej. Na zdjęciu w jednym wiadrze obierzyny od słodkiej kukurydzy, w drugim wiadrze liście i łykowate głąby od kalafiora. Dzięki królikom te "odpady" zostaną przemienione w smaczne i pożywne mięso. 
W trakcie tworzenia wpisu znalazłem również ciekawe informacje o eksperymencie przeprowadzonym w Nigerii. Eksperyment polegał na zamianie przemysłowo wytworzonego koncentratu paszowego na liście morwy i badaniu jakie króliki będą miały przyrosty. Okazało się, że można liśćmi morwy zastąpić do 50% koncentratu paszowego bez różnicy w tempie wzrostu królików. Warto również rozważyć stosowanie innych drzew i krzewów paszowych w diecie królika np. jesionu, karagany syberyjskiej, wierzby... W połączeniu z zielonką z różnych jadalnych chwastów taka dieta zapewni królikom pełnowartościową i zdrową dietę. To zaś sprawi, że zjadane przez nas króliki będą zdrowe, bogate w witaminy i mikroelementy.

Dlaczego króliki wpasowują się dobrze w koncepcję samowystarczalnego, permakulturowego gospodarstwa?

Króliki bardzo dobrze wpisują się w koncepcję samowystarczalnego gospodarstwa chociażby z tego powodu, że mogą zjadać chwasty czy produkty dla nas niejadalne lub takie, których my jeść już nie chcemy np. sałata, która zaczęła kwitnąć, nać marchwi, stary kalafior... Dzięki temu jesteśmy w stanie produktywnie wykorzystać większą cześć produktów z naszego ogrodu, co jest szczególnie istotne jeżeli ten ogród nie jest zbyt duży...

Oczywiście w pozyskiwaniu paszy dla królików nie musimy ograniczać się tylko do naszej posesji - od sąsiadów można pozyskać np. ścinki trawy a z terenów publicznych czyli bezpańskich :) różne odżywcze rośliny typu pokrzywy, mniszek lekarski, cykorię czy łopian.

Dodatkową korzyścią z posiadania królików jest króliczy nawóz, który zaliczany jest do nawozów "ciepłych", nadaje się wiec dobrze do inspektów. Jest również bogaty w azot - może więc służyć za substancję, która dodana do materiałów bogatych w węgiel przyspieszy ich rozkład i zwiększy produkcję ciepła w procesie kompostowania.

Króliki można wykorzystać również do kontroli chwastów w sadzie - trzeba umieścić je w króliczym traktorze. W ten sposób niepozorny sad zmieni się w produktywny system agroleśniczy w którym to co było problemem (chwasty i trawa) zmienia się w plon - paszę dla królików.

niedziela, 5 września 2010

Leśny ogród cz.11 - Jak zamienić zdziczały sad w produktywny leśny ogród?

Leśny ogród można założyć w wielu różnych miejscach. Zdarza się, że jednym z punktów  wyjścia jest sad. Często mocno zdziczały i zarośnięty. Oznacza to, że ekosystem tego sadu jest już na dalszym etapie sukcesji ekologicznej niż byśmy tego chcieli. Nierozsądne byłoby wycinanie wszystkich drzew i sadzenie w ich miejsce nowych - przecież na pierwsze plony trzeba by czekać sporo czasu. Zresztą oznaczałoby to więcej pracy...

Co należy uczynić jeśli posiadamy zdziczały sad?
Powycinać sporo drzew i krzewów. Brzmi bardzo prosto. Zanim jednak tego dokonamy warto mieć jakąś wizję danego miejsca. Jednak by nasza wizja nie zmieniła się w przyszłości w ogrodniczą marę senną warto zachować odpowiednie odległość miedzy drzewami i krzewami. Tak by każde tego wymagające drzewo czy  krzew miał wystarczającą ilość światła, by zmniejszyć konkurencję o wodę i substancje mineralne. Drzew (nawet tych  owocowych) zwykle trzeba usunąć sporo. Więcej roślin owocowych wcale nie oznacza więcej owoców...

W klimacie umiarkowanym drzewa w leśnym ogrodzie powinny zajmować około 40% powierzchni. Dąży się do tego po to, by móc posadzić na niższych piętrach krzewy i rośliny zielne, nawet te światłolubne. Zapewne Czytelnicy zauważyli, że drzewa rodzą najlepiej owoce i orzechy jeśli korony drzew nie stykają się ze sobą. Co innego jeśli zależy nam na produkcji biomasy na opał/podłoże dla grzybów/paszę dla zwierząt - w tych miejscach drzewka i krzewy mogą rosnąć trochę gęściej.

W zdziczałych sadach nierzadko rośnie mnóstwo chwastów. Niektóre z nich są bardzo wysokie (drzewa), może nawet wyższe niż drzewka owocowe. Wtedy to one w pierwszej kolejności powinny iść pod topór lub sekator. Zwykle takie drzewa pionierskie mają rozległy system korzeniowy i są bardzo "zachłanne" na wodę i substancje mineralne. Drzewa i krzewy owocowe z ich słabszymi korzeniami (zwłaszcza na podkładkach skarlających) taką konkurencję będą przegrywać, co objawia się w mniejszej ilości owoców i gorszej ich jakości.


Na tym zdjęciu (kliknij w zdjęcie, żeby powiększyć) zrobionym w około południa jeden z dużych chwastów (jesion) zasłania jabłoń, która co prawda produkuje smaczne owoce, ale w dość małej ilości i niewielkiego rozmiaru. Gdyby pozwolić mu rosnąć jeszcze kilka sezonów zapewne spowodowałoby to zmniejszenie ilość owoców produkowanych przez jabłoń i pogorszyłoby to ich jakość. Możliwe nawet, że całkiem zagłuszyłby jabłoń. Nie dość, że jesion konkuruje z jabłonią o wodę i sole mineralne, to jeszcze pozbawia jej światła.  Jest zatem idealnym kandydatem do "odstrzału". Jego usunięcie/przycięcie przyczyni się do znacznego wzrostu ilości produkowanych jabłek. Efektem ubocznym rozkładu korzeni drzew może być wysyp grzybów szlachetnych (jak to miało miejsce u Pana Jacka).

Czy można posadzić po takiej wycince drzew produktywne rośliny?

Takie oczyszczanie zdziczałego sadu to doskonały moment na sadzenie różnego rodzaju krzewów i ziół do leśnego ogrodu. Wynika to z tego, że zwykle (zależy od tego jak bardzo zdziczały taki sad jest) rosnące tam drzewa i krzewy powodują całkowite zacienienie gleby, co sprawia, że nie rosną tam prawie w ogóle żadne trawy,  rośliny zielne czy chwasty. Warto ten moment wykorzystać. Jeśli nie mamy akurat czasu lub odpowiednich roślin w odpowiedniej ilości, to dobrze jest teren wyściółkować (sugeruję karton na dół + jakaś warstwa estetycznej ściółki na górę) by nie dopuścić do jego zachwaszczenia. Zaniechanie tego działania spowoduje kiełkowanie nasion znajdujących się na pewno w dostatku w glebie - one tylko czekają aż będą miały trochę słońca...W leśnym ogrodzie również obowiązuje zasada, że lepiej zapobiegać niż leczyć!




Jesion z poprzedniego zdjęcia po przycince. Jego korona została zredukowana o ponad 50%. Jest to raczej niezdrowe dla drzewa. Nie zależy mi jednak na jego zdrowiu, wręcz przeciwnie... Występowanie o zgodę na pozwolenie na wycięcie na nie moim terenie byłoby stratą czasu. Dzięki takiemu postępowaniu część niedojrzałych jeszcze jabłek na jabłonce z tyłu będzie lepiej nasłoneczniona i jeszcze smaczniejsza. Proszę zwrócić uwagę na ilość liści i gałęzi u podnóża ogołoconego drzewa. Ten jesion służył zatem jako dużych rozmiarów dynamiczny akumulator i roślina wiążąca węgiel (zwiększająca ilość materii organicznej w glebie).




Czy czas w jakim dokonujemy porządkowania zdziczałego sadu ma znaczenie?
Tak, czas oczyszczania ma znaczenie. Jeżeli oczyszczania dokonywalibyśmy zimą czy późną jesienią, gdy na drzewach nie ma już liści, to na wiosnę w ogrodzie mielibyśmy pełno odrostów korzeniowych. Przyczyną tego zjawiska byłaby duża ilość energii zgromadzona przez drzewa w korzeniach roślin. Przycięcie w okresie późnego lata pobudzi drzewa do wytworzenia odrostów korzeniowych na jesień. Zwykle ujemne temperatury przeszkodzą w zdrewnieniu takich odrostów. Dodatkowo drzewa i krzewy będą miały mniej niż gdyby mogły "zmagazynować" energię z liści jak to ma miejsce zwykle na jesień. Z drugiej strony drzewo ścięte zimą ma mniejszą wilgotność, niż to ścięte w pełni sezonu wegetacyjnego.

Miłośnicy hodowli grzybów jadalnych będą chcieli z kolei oczyszczać sad bardzo wczesną wiosną, gdy drzewa transportują soki z korzeni do liści. Drewno z drzewa ściętego w tym czasie daje grzyby lepszej jakości.


Co zrobić ze "odpadami" z przycinki drzew w takim sadzie?
Ścinki z przycinki najlepiej jest rzucić pod drzewka, które postanowiliśmy zostawić. Dzięki temu:
  • zwiększymy poziom materii organicznej wokół drzewa
  • dostarczymy substancji odżywczych drzewku
  • stworzymy przyjazne warunki dla rozwoju grzybów mikoryzowych
  • utrudnimy wzrost chwastom
 Ta wcześniej zasłonięta przez jesion jabłoń została obłożona dużą ilością ścinków z tego jesionu. W ten sposób zawarte w nim składniki odżywcze przyczynią się do lepszego plonowania. Utrudnią również wzrost chwastów. Na przyszły rok drzewko to powinno dać dużo większą ilość owoców lepszej jakości. Będzie to zapłata za te kilka chwil poświęconych na poprawę jego środowiska.



Można również ścinki drzew kompostować. Zwykle jednak szkoda marnować na kompostowanie czas.

piątek, 3 września 2010

Jak stare jest Twoje jedzenie?

W dzisiejszym wpisie chciałbym zwrócić Czytelnikom uwagę na "świeżość" poszczególnych rodzajów żywności. Pisałem już o tym, że niekoniecznie mniej przetworzona żywność jest zdrowsza od tej na którą ludzie poświęcili więcej czasu i wysiłku. Zwykle im świeższe są produkty tym większą wartość odżywczą i smakową posiadają (ogórki małosolne są tu jednym z wyjątków - mocno ukiszone są dużo lepsze i smaczniejsze ;).

Ten post poświęcony będzie jednak nie temu czy lepsza jest sałata prosto z ogrodu czy taka tygodniowa z supermarketu. Będę chciał w nim przedstawić, że im starsza żywność tym lepsza a im świeższa tym gorsza. Wszystko w ewolucyjnej skali czasu...

Na potrzeby tego krótkie opracowania pozwoliłem sobie podzielić żywność na trzy grupy:

  1. Żywność paleolityczna - przed odkryciem rolnictwa 
  2. Żywność neolityczna - od czasu zapoczątkowania rolnictwa czyli od około 10-13 tysięcy lat)
  3. Żywność industrialna (przemysłowa)  od czasu rewolucji przemysłowej

Pierwsza grupa żywności to jedzenie, które ludzie (i ich przodkowie) spożywali praktycznie od zarania dziejów. W gruncie rzeczy nasi paleolityczni przodkowie spożywali wszystko co dostarczało jakiejś ilości kalorii. Zdecydowanie preferowali żywność bogatą w kalorie, niż tą rzekomo zdrową i łykowatą (chciałem napisać bogatą w błonnik. ;) Te "paleolityczne" produkty to np.

Paleolityczna "piramida żywienia"
  • padlina -Hominidy zanim nauczyły się polować spożywały padlinę pozostawioną przez drapieżców. Przykładowo z powodu silnej budowy czaszki ofiary, zwierzęta drapieżne nie mogły spożyć mózgów swych ofiar. Hominidy, które nauczyły się korzystać z narzędzi minimum 3,4 mln lat temu potrafiły spożytkować to niezwykle bogate w tłuszcz źródło żywności.
  • organy wewnętrzne, łój, mięso upolowanych dużych i małych zwierząt - Zwykle jedzone było w takiej kolejności jak podałem. Mięso w sensie mięśnie jedzone było w ostateczności, gdyż jest ubogie w tłuszcz.
  • ryby i owoce morza - W terenach nadmorskich czy w pobliżu jezior/rzek/strumieni stanowiło wartościowe źródło białka witamin i soli mineralnych.
  • jadalne korzonki i bulwy - Zbieraniem tego typu żywności zajmowały się głównie samice/kobiety. ;)W kilku kulturach to zajęcie sezonowe, w innych np. Innuici (Eskimosi) z braku roślinności nie występujące.
  • owoce - Sezonowo zjadano spore ilości owoców. Nie stanowiły jednak one składnika codziennej diety wielu ludów, zwłaszcza na północ od Morza Śródziemnego. Poza tym wiele dzikich owoców jest mało smacznych/niejadalnych na surowo np. jabłka dziczki, bez czarny czy oliwki.
  • orzechy/żołędzie/kokosy/ - Jak wyżej, pożądane źródło kalorii, choć w wielu terenach często sezonowe.
  • jadalne nasiona - Ich zbieraniem również zajmowały się głównie kobiety/samice
  • grzyby - W rejonach gdzie występują.
  • miód - Prehistoryczny odpowiednik zdrowych cukierków.
  • owady - Niektóre z nich zawierają bardzo dużo tłuszczu - żaden jaskiniowiec by sobie nie odmówił!
  • jajka - Również sezonowe choć niezwykle pożądane źródło wysokiej jakości tłuszczu, białka i witamin.


Tego typu żywność spożywaliśmy przez 99% naszej prehistorii i historii.


Drugą grupą żywności jest żywność, którą ludzie (nie wszyscy) zaczęli spożywać wraz z opanowaniem przez człowieka umiejętności rolnictwa (około 10-13 tys lat temu). Do tej grupy zalicza się np.
  • zboża - Pszenica, żyto, jęczmień, owies, ryż, kukurydza
  • nasiona roślin strączkowych - Groch, fasola, soczewica, ciecierzyca, bób, soja...
  • mleko i przetwory mleczne - Wiążą się z udomowieniem bydła. Wiele osób nie toleruje jednak laktozy. Dla osób spożywających z produktami mlecznymi również zboża zawierające gluten, kazeina (główne białko mleka) może być problemem.
  • warzywa - Pochodzące z rodziny psiankowatych (ziemniaki, pomidory, papryka), dyniowatych (dynia, kabaczek, cukinia, bakłażan...) ogólnie warzywa uprawne.
  • owoce uprawne - Jabłonie, morele, truskawki, borówki...
  • alkohol - Nieodłączny towarzysz produkcji roślinnej
  • ocet - Okazał się dobrym środkiem do konserwacji żywności. Ocet z kolei to nieodłączny towarzysz początkujących winiarzy ;)
Trzecia grupa żywności to żywność industrialna, której produkcja a więc i spożywanie możliwe jest tylko dzięki rewolucji przemysłowo - naukowej i powstałemu w jej konsekwencji przemysłowi spożywczo-chemicznemu.Przyjąłem za datę graniczną rok 1800.

W skład tej grupy wchodzi między innymi:
  • biała mąka - Jej konsumpcja w znacznych ilościach wiąże się z wynalazkiem młyna elektrycznego.
  • konserwy - Konserwy zostały wynalezione na potrzeby wojsk Napoleona na początku XIX w.
  • cukier - By można było spożywać cukier trzeba było stworzyć odpowiednie procesy technologiczne.
  • dżem, kompoty - Sposoby na zakonserwowanie owoców. Zwykle dodaje się do nich sporo/dużo cukru, gdyż wtedy bakterie, drożdże i pleśnie nie mogą się rozwijać. Złego licho nie rusza? 
  • płatki kukurydziane  - Standardowo ulepsza się je poprzez dodatek do nich sztucznych witamin i mikroelementów. W przeciwnym razie ich wartość odżywcza byłaby gorsza od cukru. Po dodaniu tych składników "wartość odżywcza" przypomina "zdrowe" cukierki "z dodatkiem witamin i mikroelementów" :)
  • syrop glukozowo-fruktozowy (z amer. high fructose corn syrup) - Razem z cukrem i białą mąką coraz częściej uważany jest za główną przyczynę otyłości na świecie, a na pewno w USA. Wchodzi w skład wielu napojów słodzących, kupnych sosów, soków, dżemów, praktycznie do wszystkiego co jest opakowane. Jest tańszy i słodszy niż cukier. Zwykle zawiera 55% - 90%fruktozy i 45 - 10% glukozy.
  • izolat białka sojowego - Składnik wielu tanich wędlin, mięs, pasztetów, kotletów wegetariańskich i fast fódów. Do celów spożywczych zaczęto wytwarzać go w 1959 roku.
  • oleje roślinne* z nasion - Olej rzepakowy, sojowy, kukurydziany, ryżowy, z pestek winogron, z nasion bawełny... Nie uważacie, że trochę trudno wycisnąć domowym sposobem olej z kukurydzy czy ryżu? Olej rzepakowy rozpoczęto najpierw wytwarzać jako lubrykant do silników parowych...
*Z niektórych bogatych w tłuszcze nasion (np. słonecznika, lnu, konopi) wyciskano olej przed rokiem 1800.




Niezwykle interesujący film pokazujący jak myśliwi stosują sposób polowania zwany persistence hunting (polowanie poprzez zabieganie/zamęczenie zwierzęcia aż padnie z wyczerpania). Kto powiedział, że człowiek jest wolniejszy niż antylopa? Prawdopodobnie tak polowali nasi przodkowie.

Wpływ odżywiania na dietę poszczególnych grup ludzi

Warto zaznaczyć, że łowcy-zbieracze charakteryzowali się (a ostatnie ich niedobitki nadal  jeszcze się charakteryzują) bardzo dobrym zdrowiem, niemal nieobecnością chorób degeneracyjnych i autoimmunologicznych (próchnica, osteoporozą, reumatyzmem, toczniem, stwardnieniem rozsianym...).

Ludy rolnicze, które polegały na zbożach i roślinach strączkowych (te dwie rośliny zawierają łącznie komplet aminokwasów egzogennych) zaczęły chorować na wiele wcześniej wymienionych chorób związanych ze sporą dawką substancji antyżywnościowych zawartych w tego typu pożywieniu.

Gdy współcześni ludzie zaczęli spożywać żywność industrialną, to do listy chorób na jakie zapadają osobniki żywiące się "jak rolnicy" doszły jeszcze takie schorzenia jak: nowotwory, otyłość, choroby serca.

Większość ludzi, oczywiście nie żywi się tylko i wyłącznie produktami z jednej grupy. Nawet największy miłośnik fast fódów od czasu do czasu zje pewnie tradycyjne pierogi z grzybami odsmażane na oleju słonecznikowym. W jednym posiłku zatem połączone są składniki z aż "trzech epok".

Niektóre produkty spożywcze z grupy drugiej nie są złe, ba są nawet bardzo zdrowe. Przykładowo takie masło od krów z wypasu pastwiskowego jest świetnym źródłem źródłem tłuszczu, który dużo nie różni się od tłuszczu zawartego w mięśniach czy organach dużych roślinożerców. Taki tłuszcz często jest/był paliwem dla zdrowych łowców - zbieraczy i pasterzy. Podobnie niektóre owoce i warzywa jedzone z umiarem również korzystnie wpływają na zdrowie jedzących je osób. Nie przychodzą mi do głowy żadne korzyści (poza wrażeniami smakowymi) ze spożywania produktów z trzeciej grupy.

Z reguły jednak im więcej spożywa się żywności z pierwszej grupy (z wyjątkiem może padliny, do której nasza flora bakteryjna jest raczej nie przyzwyczajona ;) tym lepiej. Musimy jednak mieć świadomość kontekstu w którym spożywane było dane jedzenie przez łowców-zbieraczy - wszelka żywność (np. miód i owoce) nie była aż tak dostępna jak dzisiaj.

W jednym z następnych wpisów opiszę jak zmieniły się rośliny w czasie ich udomawiania i jakie są tego konsekwencje związane z ich wartością odżywczą. Skupię się głównie na owocach i warzywach.

Osoby zainteresowane tym jak odżywiali się Indianie północnoamerykańscy mogą przeczytać artykuł o bardzo wymownym tytule "Guts and Grease" (w wolnym tłumaczeniu "Flaki i Tłuszcz") napisany przez Sally Fallon Morell i Dr. Mary G. Enig.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Czy powinno nam zależeć na szybklim rozkładzie ściółki?

Jednym z często spotykanych zjawisk jeżeli chodzi o ściółkowanie jest martwienie się o to, że ściółka nie rozkłada się zbyt szybko. Dostałem nawet kilka maili z pytaniem typu "jak temu zaradzić".

Muszę od razu zaznaczyć, że jeśli chcemy trwale podnieść żyzność gleby to powinniśmy dążyć do tego by rozkład materii organicznej w glebie spowolnić (ściółka to jedna z początkowych forma materii organicznej). Dalsza część wpisu będzie właściwie tłumaczyć dlaczego chcemy ten stan "spowolnienia" osiągnąć.

Ilość materii organicznej (M.O.) w glebie z roku na rok może pozostać niezmieniona, zmniejszać się lub zwiększać się (niezbyt odkrywcze spostrzeżenie).

Wzrost poziom M.O. w glebie osiąga się poprzez dostarczenie większej ilości materii organicznej niż jest tracone (dość logiczne, nieprawdaż)?

Jakie działania zmniejszają poziom materii organicznej w glebie?
Przede wszystkim wszelkie zabiegi dążące do napowietrzenia gleby (oranie, przekopywanie, używanie kultywatora..). Część materii organicznej utleniana jest w procesie chemicznym większość jednak zostaje rozłożona przy pomocy mikroorganizmów tlenowych. Każdego roku część materii organicznej zostaje spalona ("zjedzona") przez organizmy glebowe nawet w lesie, stepie czy innym ekosystemie w który człowiek nie ingeruje.

Stosowanie zbyt dużej ilości nawozów zwłaszcza azotowych przyczynia się również do zużycia węgla organicznego w glebie...Co interesujące nie jest zbyt istotne czy jest to nawóz naturalny (np. gnojowica) czy nawóz sztuczny (np. saletra amonowa). Liczy się stosunek węgla do azotu w glebie.

Następnym czynnikiem, który sprawia, że poziom materii organicznej spada jest nie dodawanie co roku odpowiedniej ilości materii organicznej do gleby. Jak wcześniej wspomniałem martwa materia organiczna jest cały czas "zużywana" przez życie glebowe. Jeśli więc nic nie zostawiamy bo np. sprzedajemy zboże a słomę używamy do palenia w piecu lub uprawiamy rzepę na paszę dla świń a zielonką skarmiamy krowy to z czasem zapasy M.O. zostaną zużyte. Długofalową konsekwencją takiego działania będzie spadek żyzności gleby (w wyniku obniżenia się poziomu materii organicznej w glebie).

Poziom materii organicznej w różnych glebach na różnej głębokości. Od lewej gleba leśna, gleba użytkowana rolniczo będąca początkowo lasem, gleba preriowa, gleba użytkowana rolniczo będąca kiedyś prerią. Zwróć uwagę na różnicę w skali między glebami pochodzenia leśnego a preriowego. 1 stopa ( ft )to 30 cm. Kliknij w rysunek żeby powiększyć.

Jak zwiększyć poziom materii organicznej w glebie?

Jeśli chcemy zwiększyć poziom materii organicznej w glebie to najszybszą drogą jest zmaksymalizowanie  produkcji biomasy, zlikwidowanie jej eksportu (czyli nie wywożenie z gleby żadnych plonów). To opis działań na dużą skalę. Jeśli zwiększyć poziom M.O. chcemy na małym teren to do bilansu zysków i strat dodać możemy również ściółkę nabytą poza miejscem ściółkowania. Dzięki temu szybko zwiększymy poziom materii organiczne w glebie.

Dlaczego trudniej zwiększyć poziom materii organicznej w glebie na glebach lekkich?
Na glebach lekkich trudniej jest osiągnąć wysoki poziom materii organicznej niż na glebach ciężkich. Wynika to z tego, że gleby te są dobrze natlenione i trudniej jest stworzyć odpowiednią gruzełkowatą strukturę, która "chroni" materię organiczną przed działaniem organizmów glebowych. Mączka bazaltowa pomaga w wytworzeniu się odpowiedniej struktury gleby na glebach piaszczystych.

Czy trwalej podnoszą poziom materii organicznej w glebie części podziemne czy nadziemne roślin?

"Korzenie roślin, są od razu lepiej rozmieszczone pod ziemią (niż części nadziemne), ponadto składają się w większym stopniu z lignin czyli materiału trudno się rozkładającego i w większym stopniu zmieniającego się w związki humusowe niż części nadziemne. W jednym z badań okazało się, że tylko 1/3 nadziemnych części owsa zostało po roku podczas gdy 42% części podziemnej. Inny eksperyment pokazał, że po 5 miesiącach od przyorania wyki na nawóz zielony pozostało tylko 13% (początkowego) węgla zawartego w częściach nadziemnych a aż 50% początkowego węgla z części podziemnych. Obydwa eksperymenty udowodniły, że pozostałości korzeni przyczyniają się bardziej do zwiększenia poziomu materii organicznej w glebie."
 Fred Magdoff i Harold van Es "Building Soils  for Better Crops: Sustainable Soil Management"


Między innymi dlatego bardziej produktywnymi glebami pod kątem rolniczym są gleby preriowo-stepowe a nie leśne. Na stepie kilka razy w roku do gleby "dodawane są" korzenie do gleby, w lesie właściwie tylko raz w roku - na jesień. Dlatego w rolnictwie ekologicznym tak ważną częścią płodozmianu jest tymczasowe pastwisko - w czasie gdy dany teren jest pastwiskiem rośnie poziom materii organicznej w glebie. Zwłaszcza gdy pastwisko zarządzane jest w odpowiedni sposób.


We wpisie o stabilności materii organicznej napisałem o tym jakie czynniki sprawiają, że materia organiczna rozkłada się szybciej albo wolniej. Tutaj szybko streszczę jakich materiałów najlepiej używać by dochodziło do akumulacji (gromadzenia) materii organicznej w glebie.

Jaka ściółka organiczna rozkłada się najwolniej?
Najwolniej rozkładowi podlega ściółka:
  • składająca się z dużych kawałków - im większe tym dłużnej się rozkładają, gdyż mniejsza jest powierzchnia na którą mogą działać mikroorganizmy (minimalizujemy efekt brzegu)
  • składająca się z materiałów o małej ilości azotu czyli drewno, papier, trociny, wióry a nie obornik, ścinki traw czy ususzone pokrzywy
  • dużej zawartości ligniny, małej zawartości cukrów prostych lignina jest "ciężkostrawna" więc rozkładają ją głównie grzyby (np. trwalsza ściółka będzie ze zdrewniałych łodyg bobu niż z łodyg młodych)
  • ściółka z materiałów, których mikroorganizmy nie trawią, jak np. węgiel drzewny, kamienny czy brunatny.
Zbierając te wszystkie czynniki "do kupy"... Bardzo trwałą ściółką będzie ściółka zrobiona zwęgla drzewnego,  wiórów, gałęzi czy nawet samych pniaków. Mało trwała będzie ściółka z rozdrobnionych ścinków traw czy posiekanej pokrzywy.

Jakie materiały nie są polecane by zwiększyć trwale poziom materii organicznej w glebie?
Próba zwiększania poziomu materii organicznej w glebie materiałami bogatymi w azot obornik, pokrzywy, ścinki traw czy nawet standardowy kompost to syzyfowa praca. Czy da to długofalowy efekt? Na pewno poprawi plonowanie w pierwszym i drugim roku zastosowania tych. Wiązać się to jednak będzie głównie z efektem nawozowym (zawartością substancji potrzebnych roślinom do wzrostu) a nie ze zwiększonego poziomu materii organicznej. Jeśli chcemy działać na dłuższą metę to lepiej jest użyć 300 kg słomy czy wiórów jak 300 kg obornika.


Kiedy warto przyspieszać rozkład ściółki?
Od niemal każdej reguły istnieje odstępstwo. Tak jest również w przypadku ściółek. Czasami chcemy by ściółka organiczna rozłożyła się szybciej. Jednym z takich przypadków jest jeśli zajmujemy się uprawą na skalę komercyjną. Wtedy może się okazać, że zależy nam na tym by ściółka się rozłożyła i uwolniła dostępne w niej mikro i makroelementy. Sytuacja a konkretnie rośliny uprawne mogą wymagać tych składników, które są w ściółce. W takich przypadkach jako środek przyspieszający rozkład materii organicznej  i aktywator życia glebowego można użyć Aktywnie Napowietrzoną Herbatkę Kompostową.



Dalsza lektura:
 "Building Soils  for Better Crops: Sustainable Soil Management" Fred Magdoff i Harold van Es
 "Managing Cover Crops Profitably" Published by the Sustainable Agriculture Network

sobota, 28 sierpnia 2010

Jak wytwarzać domowym sposobem naturalne suplementy diety cz.1 Witamina D.

Człowiek "tworzył się" przez większość czasu w miejscu dość słonecznym - w Afryce. O ile historia naszego gatunku (Homo sapiens sapiens) sięga około 200 tys. lat, to człowiek nie wyskoczył z konopi, ale powstał z innego gatunku zwierząt czy... istot. Nasz powstały około 2 mln lat temu prawdopodobny  przodek - człowiek zręczny (Homo habilis) również zamieszkiwał słoneczny Czarny Ląd.

Eksodus ludzi z Afryki nastąpił prawdopodobnie około 100 tys. lat temu. Początkowo również zajmowaliśmy  miejsca słoneczne Bliski Wschód, Azję, Australię. Europa została skolonizowana przez ludzi stosunkowo późno - około 40 tys. lat temu.

Po co te wszystkie dane i wyliczenia?
Chciałem Czytelnikom pokazać, że przez większość czasu człowiek przebywał w miejscach o wysokim nasłonecznieniu. Wysokie naświetlenie półnagich ciał powodowało wysoką dzienną produkcję witaminy D przez skórę. Ta zaś potrzebna jest  m.in. do wchłaniania wapnia z pożywienia (ochrona przed krzywicą i osteoporozą), prawidłowego działania systemu immunologicznego (obronnego), ochrony przed chorobami autoimmunologicznymi (artretyzm, toczeń, stwardnienie rozsiane) i chorobami degeneratywnymi (próchnica, osteoporoza..). W skrócie witamina D jest bardzo ważna dla zdrowia.

Ile witaminy D jest wytwarzane podczas opalania?

Ta sympatycznie wyglądająca kobieta cieszy się z syntezy witaminy D
Skóra białej kobiety w bikini w ciągu 15 - 30 minutowego opalania w lecie w okolicach godziny 12 w południe wytwarza około 10.000 (dziesięć tys.) I.U. witaminy D. Warunkiem prawidłowej syntezy witaminy D przez skórę jest nie używanie kremów do opalania.

Ile wynosi okres półtrwania witaminy D?
Czas połowicznego rozpadu (czas jaki mija aż poziom witaminy D we krwi zmniejszy się o połowę) wynosi od 15 dni do miesiąca.

Czy człowiek jest w stanie wytworzyć odpowiednią ilość witaminy D w okresie od jesieni do wiosny opalając się? W Polsce jest to niemal niemożliwe (chyba, że kilkanaście dni w każdym miesiącu spędzamy pod równikiem lub na
południowej półkuli) gdyż intensywność promieniowania słonecznego jest niewystarczająca a kąt padania promieni słonecznych bardzo niekorzystny.

Jakie dawki witaminy D są zalecane przez główny nurt medycyny i dietetyki?

Współcześnie zalecana dawka 400 I.U.(jednostek międzynarodowych) witaminy D dziennie wystarcza by zapobiec krzywicy u dzieci. Jednak nie jest to odpowiednia dawka by osiągnąć pełnię korzyści z posiadania wysokiego poziomu tej witaminy. Wiele badań wskazuje, że dzienną zalecaną dawkę powinno się podnieść nawet kilkunastokrotnie.


Dość ciekawe jest spostrzeżenie, że dzienna zalecana dawka witaminy D wynosi 1/25 tego co nasz organizm wytwarza podczas krótkiego opalania. Jeśli doda się do tego, fakt, że nasi przodkowie spędzali pod afrykańskim słońcem kilka godzin dziennie to zdrowy rozsądek każe kwestionować zalecaną przez główny nurt dawkę uznaną za pożądaną. To nie pierwszy i ostatni raz gdy mainstreamowe zalecenia są delikatnie mówiąc... nieoparte na racjonalnych przesłankach. Podobnie jest w przypadku jedzenia "zdrowego" chleba z pełnego przemiału oraz roślin strączkowych.

Pokarmy bogate w witaminę D
Właściwie to "normalna" żywność nie jest szczególnie bogatym źródłem witaminy D. Nie może to dziwić, ponieważ człowiek i jego przodkowie większość (w ewolucyjnej skali) czasu spędził w słonecznej Afryce i nie musiał polegać na jedzeniu jako źródle witaminy D. Miejsce zamieszkania oraz dieta przeciętnego Polaka nie zapewnia większości ludzi odpowiedniego poziomu witaminy D.


Oto kilka polecanych produktów stosunkowo bogatych w witaminę D. Pełną listę przebadanych, bogatych w witaminę D produktów znajdziesz tutaj.
  • 1 łyżeczka od herbaty (4g) oleju z wątroby dorsza - 414 I.U.
  • 100 g makreli - 345 I.U.
  • 1 śledź (28g) - 460 I.U.
  • 1 jajko - 25 I.U.
  • 100 g pieczarek - 14 I.U.*
*Grzyby to jedyne wegańskie źródlo witaminy D, choc występuje ona tam w formie D2 a nie w lepiej przyswajalnej formie D3. O grzybach napiszę dalszej części artykułu.


Jak zwiększyć ilość witaminy D w pożywieniu?
Mimo, że żywność nie jest najlepszy źródłem witaminy D istnieją sposoby by wyprodukować żywność o większej jej zawartości. By zwiększyć zawartość witaminy D w zwierzętach czy produktach zwierzęcych, które potem my będziemy spożywać należy:
Widać zatem, że jednym z lepszych sposobów na produkcję żywności bogatej w witaminę D jest chowanie zwierząt na pastwisku. Przykładowo kury z wypasu pastwiskowego dają jajka trzy do sześciu razy  bogatsze niż kury z chowu przemysłowego.Skoro kura większość dnia spędza na słońcu a nie w "fabryce jajek", to nic dziwnego, że wartość biologiczna takich jajek jest wyższa.

Mleko od krów, które przebywają na pastwisku jest również nieznacznie bogatsze w witaminę D niż mleko od krów przebywających cały dzień w oborze. Jednak najlepszy sposób na podniesienie zawartości witaminy D (bez innych skutków ubocznych) w mleku krów polega na napromieniowaniu drożdży promieniami UV B i żywieniu tymi drożdżami krów.

Jak drastycznie zwiększyć zawartość witaminy D w grzybach?

Witamina D w grzybach pełni rolę ochronną - grzyby zabezpieczają się przed zniszczeniem swojej plechy (grzyby nie mają tkanek). Zwykle grzyby rosną w miejscach ciemnych i wilgotnych zatem zbyt wiele tej witaminy nie produkują. Jednak jeśli wystawimy grzyby na działanie promieniowania UV (np. światło słoneczne) ilość witaminy D w nich zwiększa się nawet kilkaset razy. Jednym z najlepszych sposobów "domowej roboty" jest wystawienie grzybów shitake blaszkami do góry (czyli grzyby są "do góry nogami") na 6 godzin na słońce. Ilość witaminy D zwiększa się wtedy z 100 I.U. w 100 gramach do 46.000 (46 tys.)!
Całkiem przyzwoite efekty uzyskuje się również z naświetlania grzybów Reishi i Maitake.

Muszę wspomnieć, że grzyby nie zawierają witaminy D w formie najlepiej przyswajalnej dla człowieka czyli D3 (cholekalcyferol) tylko w formie witaminy D2 (ergokalcyferolu). Uważa się witaminę D3 za lepsze źródło witaminy D niż D2. Witamina D2 ma około trzy do dziesięciu razy słabsze działanie jak witamina D3.

Drugie informacja warta wspomnienia, to fakt zatrzymywania przez szkło większości promieniowania UV. Dlatego by zwiększyć zawartość witaminy D w grzybach należy je wystawić na słońce bezpośrednio a nie na

Myślę, że uzbrojeni w tę wiedzę damy radę przetrwać każdą, nawet najmniej słoneczne lato czy zimę. Może nawet tę nuklearną?  :)

niedziela, 22 sierpnia 2010

Uprawa ogrodu na wzór Indian.

Niektóre plemiona i państwa Indian zarówno północnoamerykańskich jak i tych z Ameryki Południowej miało specyficzne podejście do uprawy ziemi. Właściwie to według europejskich standardów wiele plemion Indian ziemi nie uprawiali - między innymi dlatego zwani byli przez białych dzikusami, bo jakże to można być cywilizowanym nie uprawiając ziemi?

Podejście Indian charakteryzowało się poprawianiem warunków wzrostu przydatnym im (pośrednio lub bezpośrednio) dziko rosnącym roślinom.  W ten sposób zarządzane były całe ekosystemy...

W tym wpisie będę zbiorczo mieszkańców obu Ameryk nazywał Indianami, "trochę" rzecz upraszczając ponieważ różnice w rozwoju cywilizacyjnym między poszczególnymi państwami i plemionami były ogromne. Podobnie jak dzisiaj Europejczycy (w sensie mieszkańcy Europy a nie miłośnicy Unii Europejskiej ;) wykazują różny poziom rozwoju cywilizacyjnego. Japiszon z Londynu jak i chłop z mołdawskiej wsi "zabitej dechami" to dwie współcześnie występujące skrajności. W niektórych rejonach Nowego Świata rozwinięte było również typowe rolnictw.

Co szczególnego robili Indianie co odróżniało ich sposób "uprawy" ziemi od europejskiego?

Wiele ludów nie uprawiało ziemi w tradycyjnym tego słowa znaczeniu (nie orali itp.) tylko poprawiało warunki życia produktywnych roślinom. Jak tego dokonywali?
Zwiększali np. dostęp do światła dla roślin owocowych, orzechowych czy dających bulwy jeśli te tego wymagały. Zwykle dokonywali tego poprzez usunięcie roślin nieproduktywnych czy takich, które nie dawały im bezpośrednio korzyści.

Zdjęcie zaniedbanej gildii roślinnej przed.

Zdjęcie tej samej gildii po "odchwaszczeniu" i rzuceniu chwastów jako ściółkę na ziemię.
Kolejnym sposobem w jaki Indianie zarządzali ziemią jest poprawa warunków wodnych dla produktywnych roślin. Zwykle robili to poprzez usypywanie drobnych wałów ziemnych lub układaniu gałęzi czy pni drzew w ten sposób, że spowalniany zostawał spływ powierzchniowy wody. Na podobnej zasadzie jak

Indianie w wielu miejscach wypalali w odpowiednim czasie (zwykle na początku pory suchej) podszyt w lesie. Sprawiało to, że pożar dotykał tylko podszyt i runo leśne a nie niszczył drzew. Po takim pożarze odrastała bujnie roślinność, co zapewniało wysokiej jakości paszę dla "jedzenia jedzenia" czyli wszelkiej maści jeleniom, łosiom, dzikom... Młode rośliny są bardziej pożywne, zawierają chociażby dużo więcej białka niż te stare, zdrewniałe. Oprócz tego, że stwarzali w ten sposób środowisko dobre dla dziczyzny to jeszcze łatwiej było im polować, gdyż nie musieli przedzierać się przez cierniste zarośla.Czerwonoskórzy robili zatem coś w rodzaju ekstensywnie (niskonakładowo) zarządzanych leśnych pastwisk dla dzikich zwierząt.

W jaki sposób można wykorzystać wiedzę o indiańskim zarządzaniu ziemią we współczesnym świecie?
Rdzenni mieszkańcy obu Ameryk stosowali rożne techniki i metody, które były stosunkowo mało czasochłonne a dawały przyzwoite efekty. My również możemy nauczyć się czerpać z ich wiedzy. Większość z tych sposobów nadaje się raczej do permakulturowej strefy 3 i 4. Przykładowo jeśli w lesie rosną dzikie maliny a wiemy, że maliny obradzają najlepiej na zeszłorocznych pędach, to po owocowaniu w lipcu-sierpniu można je przyciąć - w przyszłym roku będą owocować dużo lepiej. Podobnie można przycinać opuszczone, zdziczałe jabłonie, grusze... Sam zacząłem się tak opiekować kilkunastoma drzewami i nieokreśloną liczbą krzewów w mojej okolicy  (3 orzechy włoskie, z 5 mirabelek, 7 jabłoni, 3 grusze i z 6 wiśni/czereśni.)
Kolejną korzyścią z dbania o dzikie drzewka, to zdobycie doświadczenia w przycinaniu. Lepiej ćwiczyć jest na darmowym materiale, niż zdobywać wiedzę kosztem zdrowia drogich drzewek owocowych.

Indianie również wycinali drzewa i krzewy, które zagłuszały rośliny produktywne. Warto ścinki, gałęzie z takiej przycinki rzucić pod drzewo produktywne - dzięki temu poza zmniejszeniu konkurencji ze strony silniejszego, "bezużytecznego" drzewa czy krzewu dostarczymy roślinie trochę substancji odżywczych a grzybom mikoryzowym dobrego pokarmu i środowiska.

Można zatem powiedzieć, że rdzenni mieszkańcy obu Ameryk zarządzali sukcesją ekologiczną - na swoją, zwierząt i natury korzyść.


Na koniec ładna, wpadająca w ucho piosenka :)

czwartek, 19 sierpnia 2010

O krowie żywicielce, świniach i aminokwasach

Mimo, że wpis jest w gruncie rzeczy o krowach najpierw zacznę od świń i małego przypomnienia z dziedziny biologii. :)

Czego świnie potrzebują do wydajnego wzrostu?
Organizmy zwierzęce by rosnąć potrzebują materiału budulcowego - białka. Właściwie to niedokładnie się wyraziłem - zwierzęta (i ludzie) potrzebują nie białka, a substancji z których to białko jest zbudowane - aminokwasów. Część z tych tych aminokwasów ludzie i zwierzęta są w stanie "wyprodukować" we własnym zakresie. Te aminokwasy nazywamy endogennymi. Ciało człowieka i świni wytwarza je głównie z węglowodanów i innych aminokwasów.

Taką muskulaturę trudno osiągnąć w naturalny sposób przyjmując nawet najlepszy zestaw aminokwasów. Umieszczenie tej fotografii w części wpisu o świniach to całkowity zbieg okoliczności ;)

Aminokwasy, których ludzie i świnie nie są w stanie syntetyzować (wytwarzać we własnym organizmie) nazywamy aminokwasami egzogennymi.
Aminokwasy egzogenne:
  1. fenyloalanina (phenylalanine, Phe)
  2. izoleucyna (isoleucine, Ile)
  3. leucyna (leucine, Leu)
  4. lizyna (lysine, Lys)
  5. metionina (methionine, Met)
  6. treonina (threonine, Thr)
  7. tryptofan (tryptophan, Trp)
  8. walina (valine, Val)
U dziecka należy jeszcze wymienić dwa aminokwasy:
  1. histydyna (histidine, His)
  2. arginina (arginine, Arg)

Jeśli nie będziemy dostarczać ich naszemu organizmowi możemy nabawić się rożnych, nieprzyjemnych chorób i symptomów zaczynając od zawału mięśnia sercowego (serce nie będzie miało odpowiednich aminokwasów by się regenerować) na wypadaniu włosów i depresji kończąc... W cywilizowanym świecie ludziom niedobór tych aminokwasów nie grozi, chyba, że są na dietach w których ilość białka jest zbyt mała, jakość tego białka (zawartość aminokwasów egzogennych jest nieodpowiednia) lub dany człowiek ma jakieś inne problemy zdrowotne związane z trawieniem i przyswajaniem białka.


Bieszczadzka krowa uzupełniająca swą dietę w liście i gałęzie krzewu.
U świń jest podobnie, jednak uwzględniając, że żywot przeciętnej świni jest krótszy jakieś 70-140 razy niż żywot człowieka problemów z niedoborem białka aż tak nie widać... Czy może widać, ale objawia się to zwiększoną ilością tłuszczu w ogólnej wadze świni i pogorszeniem współczynnika konwersji paszy (ile kg jedzenia musi świnia spożyć by przybrać kg na wadze). Jeśli w paszy świń brakuje chociażby jednego z aminokwasów egzogennych do tego by zostało wytworzone białko strukturalne (np. mięśnie) to większość paszy zostanie przetworzona na tłuszcz (słoninę). Oczywiście nie ma w tym nic złego jeśli produkujemy świnie na swoje potrzeby - słonina od świń z wypasu pastwiskowego to tradycyjny, zdrowy tłuszcz używany przez naszych przodków od wieków. Jednak jeśli produkujemy świnie na skalę komercyjną, to duża ilość słoniny nie jest pożądana. Po pierwsze spada tzw. mięsność świni co obniża cenę mięsa w skupie. Jako konsumenci wiemy, że słonina kosztuje około 1-3 zł za 1kg a 1 kg "mięsa" około 12 zł i więcej. Jeśli dodać do tego, że wytworzenie tłuszczu u świni jest bardziej kosztowne niż "mięsa" to wiemy już dlaczego komercyjni hodowcy unikają otłuszczenia świni jak ognia.Wynika to z tego, że  tłuszcz zawiera 9kcal na g a białko zawiera 4kcal na g. Co więcej pasze zawierające dużo białka są dużo droższe niż te węglowodanowe a ich kaloryczność jest przecież taka sama. Hodowca na otłuszczonej świni traci zatem potrójnie...

W przypadku aminokwasów egzogennych wszystkie potrzebne są naraz - jeśli będzie brakować choćby jednego, białko z pokarmu nie zostanie wykorzystane efektywnie. Starszej daty podręczniki do biologii, dietetyki czy hodowli zwierząt dzielą białko na pełnowartościowe (zwierzęce) i niepełnowartościowe (roślinne). Z tymi aminokwasami jest jak z drewnianą beczką do przetrzymywania wody. Może być w 99% "sprawna" ale jeśli będzie brakować jednej, wąskiej deski cała konstrukcja nie spełni powierzonego jej zdania. Wartość białka będzie liczona do najmniejszego wspólnego mianownika - do tego aminokwasu egzogennego, którego brakuje. Dalej porównując aminokwasy do beczki... Woda może być magazynowana tylko do poziomu najniższej dziury w tejże beczce. Nie jest istotne, że beczka ma pojemność 500 l (dostarczamy dużej ilości białka w ogóle) co natomiast jest ważne, to jak nisko jest najniższa dziura (którego aminokwasu egzogennego świni brakuje).

Jeśli chcemy hodować świnie na pastwisku, to zwykle te aminokwasy, które są czynnikiem ograniczającym wzrost świń (bo brakuje ich w runi pastwiskowej) to: lizyna, metionina, treonina i tryptofan. Teoretycznie można by suplementować żywiąc świnie śrutą rzepakową lub soją, jednak ich sposób produkcji pozostawia wiele do życzenia jeżeli chodzi o wartość odżywczą tych dwóch roślin.

Krowa - potencjalne źródło wartościowej paszy dla świń
Co mają te wszystkie wywody o aminokwasach i świniach mają do krów?
Krowy mogą dostarczyć w bardzo dużych ilościach brakujących świniom aminokwasów oraz dostarczyć lekkostrawnego pokarmu.

We wpisie o drogich świniach wspomniałem o tym jak hodowane są świnie na szynkę parmeńską - mają dostęp do pastwiska oraz dostają kasztany jadalne oraz serwatkę. Zapewnia im to pełnowartościową paszę a oprócz tego smak uznawany przez znawców za wyborny, bardzo słodki.

Zapewne Czytelnikom powoli krystalizuje się już pewien obraz. Krowa daje mleko, z mleka człowiek robi sobie masło i sery. Resztki z produkcji (maślankę i serwatkę) daje się świniom do zjedzenia - stanowi to pełnowartościową paszę - nie potrzeba już soi GMO...

Jedna krowa może dostarczać kilkadziesiąt kilogramów paszy dla świń dziennie.
Wbrew pozorom mleko, maślanka i serwatka nie są jedynym pożywienie dla świń, którego może dostarczać krowa. Inne potencjalne źródło jadła dla tych świńskich wszystkożerców to... krowie odchody.

Co dzieje się z roślinami, które krowa spożyje?
Z pokarmem połkniętym przez krowy dzieje się wiele ciekawych rzeczy. Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że dla krów rośliny nie są bezpośrednim źródłem pożywienia - by zwiększyć wartość odżywczą swej paszy krowy wykorzystują pośredników - bakterie. Krowy poprzez żucie roślin zwiększają powierzchnię na którą mogą działać bakterie. Te bakterie trawią pokarm roślinny po czym się rozmnażają. Następnie krowa zjada wstępnie przetrawiony pokarm roślinny wraz z wszystkimi bakteriami. Krowa (a raczej rolnik ją żywiący) w przeciwieństwie do świni nie musi się martwić o to by konsumowała ona jakieś aminokwasy egzogenne. Wystarczy, że będzie przyjmować odpowiednią ilość białka, włókna oraz węglowodanów. Właściwie to krowa nie musi nawet spożywać dużej ilości białka - częścią pożywienia, które bakterie w jej żołądkach są w stanie przerobić na białko może być mocznik (źródło azotu dla bakterii do produkcji białka). Znane są przypadki w których dużą część diety krowy stanowiły trociny, mocznik (źródło azotu do syntezy białka przez bakterie) oraz lizawka melasowo-mikroelementowa. Taka dieta (mocznikowo-trocinowo-melasowa) wpływa jednak negatywnie na zdrowie krowy, smak mięsa i mleka.

Dlaczego krowa może spożywać żywność niezawierającą wszystkich aminokwasów egzogennych?
Ponieważ krowa stwarza w swoim żołądku warunki do rozwoju bakterii, których pożywienie może nie zawierać kompletu aminokwasów. Te bakterie są w stanie jednak wytwarzać wszystkie aminokwasy egzogenne. Gdy te się namnożą krowa po prostu je "zjada" przenosząc treść pokarmową do następnego żołądka.

Krowie odchody stanowią cenną choć tanią paszę dla świń.

Dlaczego odchody krowy mogą stanowić paszę dla świń?
Świnie są zwierzętami wszystkożernymi. Natura dała im zadanie bycia czyścicielem środowiska. Oprócz tego, że jedzą roślin i zwierzęta, to świnie spożywają z wielkim uznaniem odchody innych zwierząt. Krowi obornik składa się w sporej części z niestrawionych części roślin oraz z bakterii. Te ostatnie zaś tak jak już wcześniej wspomniałem zawierają wszystkie aminokwasy egzogenne. Mogą zatem stanowić cenny "koncentrat paszowy". Dodatkowo jeśli krowy(czy konie) żywione są ziarnem, to część ziarna przechodzi przez przewód pokarmowy krów właściwie niestrawiona. W normalnych warunkach tego typu produkt by się zmarnował.

Korzyści ze stosowania odchodów krowich w żywieniu świń.
Pierwszą, dość oczywistą korzyścią jest stosowanie odchodów krowich jako źródło energii dla świni, drugie to wspomniane wcześniej białko i aminokwasy egzogenne. Trzecią korzyścią żywienia świń odchodami krów to dostarczanie im mikroelementów oraz witamin, głównie z grupy B (również B12).

Jaki procent świńskiej diety mogą stanowić odchody krów?

FAO (agencja ONZ zajmująca się wyżywieniem i rolnictwem) opublikowała dane o eksperymencie przeprowadzonym na Mauritiusie w 1976 r. w którym świnie karmione były w 40% krowimi odchodami w 40% melasą i w 20% komercyjną mieszanką paszową. Świnie na takiej mieszance co prawda rosły wolniej niż w grupie kontrolnej, ale  hodowcy i tak osiągnęli dobre wyniki ekonomiczne z powodu niskiej ceny takiej mieszanki...
.
W zależności od kilku czynników:
  • wieku i diety krowy
  • jaką części diety świń mają stanowić odchody
  • wieku świń 
Jedna krowa może dostarczać pokarmu w formie odchodów dla od 3 do 17 świń.

Jak zintegrować możliwość odżywiania się świń odchodami krów w szerszym systemie permakulturowym?
Jeśli chcemy hodować świnie i krowy na permakulturową modłę mogę zasugerować tego typu rozwiązanie.
W pierwszym dniu na pastwisku wypasana jest krowa/krowy. Na drugi dzień na pastwisko wchodzą świnie - będą jadły korzonki i część runi pastwiskowej. Trzeciego dnia można na daną kwaterę pastwiska wysłać kury - zjedzą one sporą cześć pasożytów występujących w odchodach świń i kur. Dodatkowo rozgrzebią je czym przyspieszą ich rozkład i dostarczenie zawartych w nich substancji roślinom. W ten sposób wykorzystywane jest wiedza dotycząca holistycznego wypasu zwierzą dzięki czemu nie dojdzie do nadmiernego wypasu roślin na pastwisku oraz ilość niedojadów będzie mała.
Samo pastwisko może być np. rzadkim lasem pastwiskowym na którym rosną orzechy włoskie, kasztany hybrydowe lub drzewka owocowe czy inne drzewa paszowe. Ten system agroleśniczy powinien być osłonięty od wiatru odpowiednio wysokim i gęstym żywopłotem.


Czy w ten sposób można utuczyć świnię bez zakupu paszy z zewnątrz?
W chwili obecnej trudno powiedzieć czy samo pastwisko + odchody krowie są w stanie zapewnić pełnię wyżywienia dla świń. Jestem skłonny przypuszczać, że jeśli dodamy do diety tych zwierząt orzechy włoskie i kasztany hybrydowe to świnie będą rosły całkiem przyzwoicie a my będziemy mogli cieszyć się tym, że wiemy co jadło nasze jedzenie. Jeśli sprzedajemy tak żywione świnie warto względem klientów podkreślać np. fakt, że nie były żywione koncentratami paszowymi (jeśli to prawda) lub soją GMO. Stanowi to zatem alternatywny do posiadania certyfikatu ekologicznego sposób na wytworzenie wartości dodanej w gospodarstwie.

Dla nas koński kał to odchody - dla świni smaczne i odżywcze śniadanie/obiad/kolacja ;)
Zdjęcie dzięki uprzejmości Wikipedii
Czy świnie można karmić odchodami innych zwierząt roślinożernych?
Tak, świnie można karmić odchodami innych zwierząt roślinożernych np. takich jak koni, kóz, królików... Bardzo dobrym źródłem żywności dla świń są odchody końskie, gdyż konie trawią mniej wydajnie niż krowy, więc "końskie jabłka" zawierają więcej nasion itp. bardziej  kalorycznych elementów paszy. Oczywiście mniej wydajne z naszego punktu widzenia - konie przetrwały do naszych czasów i mają się całkiem nieźle. One zatem z tą "niewydajnością" radzą sobie całkiem nieźle.