sobota, 20 marca 2010

Dlaczego nawozy sztuczne są niepożądane w gospodarstwie permakulturowym

Zapewnienie roślinom potrzebnych im substancji mineralnych to jedna z kluczowych kwestii, gdy chcemy osiągnąć sukces w jakiejkolwiek produkcji rolnej. To fakt bezdyskusyjny.

Różnią się jednak sposoby sprawiania, że te rośliny zaspokajają swoje potrzeby. Pozwoliłem podzielić te sposoby na 3 grupy. Wiem, że cholernie upraszczam sprawę i używam stereotypów, ale mam nadzieję, że będzie to pomocne.

Przy tak dużej skali erozji wodnej nic dziwnego, że pola trzeba nawozić i nawadniać.
I W rolnictwie konwencjonalnym jeśli jakieś rośliny wykazują np. objawy niedoboru azotu to nawozi się je np. mocznikiem. Na podstawie doświadczenia, cen rynkowych i wiedzy naukowej dawkuje się często nawozy z wyprzedzeniem (np. w czasie siewu). Często stosuje się nawozy sztuczne.

II Zaopatrywanie roślin w pierwiastki w  rolnictwie ekologicznym wygląda podobnie. Dochodzą jeszcze takie czynniki jak zwracanie dużo większej uwagi na płodozmian i stan życia glebowego. Nie wykorzystuje się tzw. nawozów sztucznych. W przypadku stwierdzenia niedoboru azotu u roślin użyje się jakiegoś ekologicznego nawozu bogatego w azot np. obornika czy mączki z krwi.


III Rolnictwo permakulturowe zwraca dużo większa uwagę na życie glebowe, chcemy ciąć koszty i stać się samowystarczalni - dlatego jeśli pojawią się objawy niedoboru azotu u roślin to przycinamy żywopłot z wiążących azot roślin lub stosujemy ściółkę z roślin bogatych w azot. Na przyszłość zapamiętujemy, że w danym miejscu wystąpił niedobór azotu - dobrze jest w okolicy posadzić jakąś roślinę, która tego azotu będzie dostarczać.

Wymieniony wyżej podział jest dużym uproszczeniem. Duża część rolników konwencjonalnych również dba o życie glebowe stosując np. EM . Rolnicy ekologiczni i konwencjonalni stosują rośliny wiążące azot - głównie jednak te jednoroczne. Rolnik permakulturowy wykorzystuje także obornik. Chodzi o odpowiednie położenie akcentów.

 Obornik koński - dobre źródło "ekologicznego" azotu.
Sam nie miałbym problemu ze stosowaniem nawozów sztucznych np. do rekultywacji terenu po kopalni odkrywkowej. Czasami trzeba użyć np. nawozów fosforowych, żeby roślina (np. drzewko) w ogóle się przyjęło - często na glebach skrajnie zdegradowanych grzybów mikoryzowych jeszcze nie ma i nie ma odpowiednich warunków do ich istnienia.

Czy zatem powinno się stosować nawozy sztuczne w gospodarstwie permakulturowym? Może na samym początku  mogą być one bardzo pomocne. Jednak jeśli chcemy mieć zdrowe produkty albo marketingować naszą żywność jako zdrową to dużo łatwiej będzie to robić jeśli na pytanie klienta "Czy używacie chemii albo nawozów sztucznych?" Będzie można odpowiedzieć "Nie". Nawet jeśli ma się bardzo bogatą wiedzę nt. nawożenia to dla przeciętnego klienta:

nawozy sztuczne =  chemia = zło

Zadaj sobie pytanie, czy znasz jakiegoś konsumenta (niezwiązanego z rolnictwem) i zadaj mu pytanie: "Czy jeśli cena jest taka sama to wolisz jeść warzywa do produkcji których użyto nawozy sztuczne, czy warzywa do których użyto nawozy ekologiczne?"

Zmienianie świadomości klienta (że nawozy sztuczne mogą być dobre) zajęłoby mnóstwo czasu.Zadaj sobie takie pytania:
  • Ile czasu zajmie Ci przekonywanie 1 klienta?
  • Ile czasu zajmie Ci przekonywanie 30 klientów?
  • Ile wtedy będziesz zarabiać na godzinę? 
  • Czy Twoje umiejętności przekonywania/manipulacji/wywierania wpływu/sprzedaży są na tyle wysokie, że uda Ci się tego dokonać bez odstraszania klienta?

Opisany model oczywiście dotyczy przypadku gdy chcesz sprzedawać bezpośrednio i sam zgarniać działkę pośredników. W przypadku gdy sprzedajesz do hurtowni to nie ma to praktycznie żadnego znaczenia.

Po co jednak kopać się z koniem, jak można kopanie konia wykorzystać?

W artykule tym nie wspomniałem jeszcze nawet takich kwestiach jak zanieczyszczenie środowiska i Peak Oil.
Zdjęcia dzięki uprzejmości Wikipedii.

A Ty co o tym myślisz?

21 komentarzy:

  1. Zamiast "cholernie" napisz "zajebiście" ;)

    Czyli jaki zestaw nawozów poleciłbyś dla niecierpliwego "na dzień dobry". Czy na łyse pole, zaorane i jałowe zarzuciłbyś mieszankę węgla brunatnego, mączki bazaltowej i fosforany? Tak jakoś odebrałem po lekturze bloga. Czy raczej pozostał na klasyce permakulturowej - ściółka, kompost i rośliny wiążące azot?

    OdpowiedzUsuń
  2. Z tym końskim nawozem to jest tylko jeden problem: w całej Rzeczypospolitej jest w tej chwili (średnio) mniej niż 1 koń na kilometr kwadratowy. Czyli jeden koń na 100 ha. Stanowczo za mało, żeby zapewnić właściwe zaopatrzenie w azot...

    A cały smutek tej sytuacji polega jeszcze i na tym, że dla mnie np., to co moje konie na padoku po sobie zostawiły, jest problemem, a nie bogactwem: oprócz azotu, fosforu, węgla i wielu innych minerałów, są tam bowiem także miliony jajeczek rozmaitych pasożytów. Czasem bardzo groźnych. Nieprzypadkiem dzicy przodkowie koni byli zwierzętami wędrownymi - i nie wracały szybko w okolicę, gdzie raz już się pasły.

    Na szczęście mam takie kawałki ziemi, na których konie nie będą się jeszcze przez dwa czy trzy lata pasły i mogę na nich ten naturalny nawóz wykorzystać. Potem jednak, będę się musiał wymieniać. Np. na obornik krowi, groźnych dla koni pasożytów nie zawierający...

    OdpowiedzUsuń
  3. AA już skojarzyłem. Nawet nie zwróciłem uwagi, ze to przekleństwo :)

    Wszystko zależy od skali. Nawozy fosforowe to raczej tylko do rekultywacji terenów gdzie nie ma gleby, czyli właśnie na terenach po kopalniach odkrywkowych czy żwirowniach - są bardzo przydatne, gdy nic nie chce rosną, lub ten wzrost jest bardzo wolny.

    Jałowe pole jest takie z powodu braku materii organicznej. Przyda się aktywnie napowietrzana herbatka kompostowa (w skrócie ANKH - by zaszczepić je dobrymi mikroorganizmami). Najtańszym sposobem na dużą skalę jest holistyczny, intensywny wypas bydła. W Australii gleby są bardzo ubogie w fosfor z racji tego, że są bardzo stare (dość łatwo jest wymywany). Po stosowaniu orania keyline z wypasem bydła rośliny nie miały żadnych objawów niedoboru fosforu i innych składników mineralnych. Właśnie z powodu tego, że gleba była bogata w materię organiczną i pełna życia.

    Mączka bazaltowa jest przydatna w niemal każdym przypadku i jeśli są na nią pieniądze, to bardzo mocno zalecam stosować.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Boskawola

    Niektórzy wykorzystują kury do tego, by wyżerały z odchodów pasożyty. Wtedy to pasożyty z problemu stają się produktem.

    Jeśli dałbyś radę stworzyć odpowiednie warunki do kompostowania (dobre napowietrzenie i stosunek węgla do azotu) to duża część pasożytów ginie. Możesz wykorzystać też ten obornik do produkcji ciepłej wody. W tym roku będę ze znajomym budował taki skromny system wykorzystujący kompost do ogrzewania ciepłej wody i domu

    Dlatego też uważam, że jakaś forma rotacji na pastwisku jest wskazana.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wspieram ideę kur. Dla was dwojga wystarczy na początek 5-6. Niesamowita przyjemność z hodowli najprostszej w świecie. (Kura w tej ilości troszczy się sama o siebie, o ile oczywiście ma jakiś dach nad głowa i grzędę). Kompost - jest gdzie wylewać zlewki i odpadki, a potem z czego warzywa stworzyć w ogródku. I kręci się! ;-)
    Pozdrawiam, Ewa

    OdpowiedzUsuń
  6. @artykuł: dziś właśnie zakładałem rozsadę warzyw do posadzenia za czas jakiś w grunt. Żeby było permarolniczo, najpierw w doniczki, potem w grunt, żebym nie musiał walczyć z chwastami.

    Doniczki kupiłem fajne, tofrowe, które się rozkładają w ziemi i nie trzeba wysadzać z nich roślin.

    Ale ziemię do przygotowania rozsady kupiłem z domieszkami chemii. Taka akurat była w markecie, więc nie zastanawiałem się długo, tylko wziąłem...

    Też uważam, że nawozy sztuczne w permarolnictwie powinny być stosowane raz -- tylko na początku przekształcania zwykłej działki w permakulturową.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wewnątrz pryzmy nawozu temperatura może przekraczać 60 stopni - i działa to, przynajmniej latem, prawie jak autoklaw. Dlatego też płyta na obornik to moja inwestycja numer dwa na rok bieżący, zaraz po ogrodzeniach dla Wielkiego Padoku...

    Z tym, że konie hoduje się od 6 tysięcy lat. A końskiego nawozu używa do czegokolwiek innego niż opał od jakichś 200. Różnica w skali doświadczeń jest dość przepastna. Nie pokładałbym takiego aż zaufania w kurach, czy nawet w dobrze napowietrzonej pryzmie nawozu, żeby o pasożytach zapomnieć. Po prostu konie należą do zwierząt na ten rodzaj zagrożenia bardzo mało odpornych, bo nie występował on w ich poprzedzającej udomowienie historii - stado wracało na to samo pastwisko dopiero po upływie czasu wystarczającego, żeby pasożyty zmieniły się w materię nieorganiczną...

    Problem wymaga przemyślenia od początku. W tej chwili 95% koni hodowanych w Polsce, to konie rzeźne. W ich przypadku na pewno i uzyskanie optymalnych przyrostów masy i jak najlepsze wykorzystanie pastwiska to są sprawy kluczowe.

    Wśród pozostałych 5%, 3/4 to konie objęte programami "ochrony zachowawczej" i dopłatami. Powinny wyzdychać jak najszybciej! Resztę zaś trzyma się, jak u mnie, z przyczyn estetycznych i sentymentalnych. Rotacja na pastwisku nie ma w tym momencie żadnego znaczenia...

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak na marginesie: kurzy nawóz jest jednym z najsilniejszych alergenów dla koni. Zaraz po owczej wełnie. Stąd rotacje kury - konie, czy owce - konie na tym samym pastwisku czy w tym samym pomieszczeniu (cała Warszawa zna smutną historię kilkudziesięciu koni z PGR Bródno, które postawiono w dawnej owczarni - wszystkie skończyły bardzo źle...), jest trudna do pomyślenia. Zresztą, prawdę pisząc, po prostu nie cierpię drobiu!

    OdpowiedzUsuń
  9. @Ewa

    Kur niosek będę miał z 20, coby całą rodzinę w jajka zaopatrywać, do tego jakieś brojlery...

    @Krzysztof Lis
    Na zachodzie ekolodzy by Cię potępili, bo torf to surowiec nieodnawialny i trzeba niszczyć torfowiska ;)
    Te trochę nawozów sztucznych nie powinno aż tak bardzo zaszkodzić. Ważne jest czym Ty później będziesz sypał.

    @BoskaWola

    Temperatura + kompostownie + odpowiednie przeleżakowanie powinno załatwić sprawę pasożytów.

    Jak piszesz konie to zwierzęta wędrowne, więc w naturze chyba nie powstają kupy odchodów o wysokości metra. Pasożyty są przystosowane raczej do życia w odchodach/glebie a nie w kompoście. Życie w nim do zdecydowanie nie jest bajka jeśli organizm nie żywi się kompostem lub jakimś organizmem co żyje w kompoście.

    Pasożyty końskie takimi organizmami są. One są przystosowane, by przetrwać jak najdłużej a nie bronić się przed dziesiątkami, czy setkami organizmów, które chcą tego pasożyta w każdej godzinie zeżreć. Co do ciepła w zimą - okrycie 20cm warstwą słomy powinno sprawę załatwić.

    Ciekawy link o pasożytach w kompoście:
    http://whatcom.wsu.edu/ag/compost/fundamentals/needs_temperature.htm

    Nie mniej jeśli nie chcesz wykorzystywać ciepła z kompostu, to Twój sposób (czyli wymienienie się obornikiem) jest rzeczywiście najlepszy - genialny w swojej prostocie. Po co problem rozwiązywać, jak można problemu w ogóle nie mieć.

    Dzięki za te statystyki. Zawsze myślałem, że większość koni w Polsce to pod siodło jest... Większość jedzie pewnie do Włoch?

    OdpowiedzUsuń
  10. Wiesz może jak jest z odchodami innych ptaków i końmi?

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie wiem. Wiem natomiast, tak a propos równoległej dyskusji na blogu p. Ewy, że hodowla koni szlachetnych to nie sprawa kalkulacji zysków i strat, a miłości.

    Aktualna sytuacja jest ewenementem. Jeszcze do połowy XIX w. główną siłą pociągową były woły. Konie hodowano na wojnę. Ewentualnie - od parady i dla szybkiego transportu ludzi, poczty i cennych przesyłek. W przypadku wojennego konia nie ma żadnego znaczenia, czy zadepcze on 2, 4, czy 10 ha pastwiska - byle tylko ocalił głowę swojego pana w potrzebie! To chyba jasne, prawda..?

    Całkiem nowa, świecka tradycja hodowania koni na mięso pozbawiona jest historycznych korzeni. Jest to też zatem dziewicze pole dla badań i eksperymentów...

    OdpowiedzUsuń
  12. Czyli, Wojtku, brojlery będziesz brał z wylęgarni i co roku je hołubił?
    Nie próbowałam sama, bo jestem wygodna, wolę kiedy stado samo się rozmnaża i dba o siebie. Zaczęłam od kupienia 5 kur i 1 koguta w wieku kilku tygodni. Pamiętam, jak nie umiały nawet jeść ziarna! dotąd karmione paszą treściwą w ciasnej klatce. Ale po dwóch dniach głodówki instynkt się w nich obudził.
    Teraz mam kur 10 (w tym 2 koguty). Kilka sztuk z młodych zeszłorocznych zginęło pod dziobem jastrzębia. Mam nadzieję, że w tym roku jakaś kura usiądzie i wysiedzi kolejną młodzież i ilość nieco się zwiększy.
    Znajomi rolnicy mówią mi o brojlerach. Trzeba je paść intensywnie, o ile nie paszą treściwą (jest jednak coraz większe niebezpieczeństwo, że będzie zawierać kukurydzę GMO) to pszenicą. Są słabe i często padają na serce zanim urosną nawet w wiejskich warunkach.
    Najlepiej samemu się przekonać w praktyce jak to jest z drobiem.
    Wielu jednak woli na mięso kupić młode kogutki i je trochę podchować. Nie biją się zbytnio w grupie, dopóki nie dorosną.
    Pozdrawiam, Ewa

    OdpowiedzUsuń
  13. @BoskaWola
    Dzięki za informacje.

    @Ewa

    Możliwe, że brojlery będę zamawiał. Jednym z moich celów jest wyhodowanie zwierząt, które będą lepiej przystosowane do wypasu pastwiskowego, ale również ekonomicznie opłacalne dla rolnika. Taki brojler byłby bardzo przydatny, bo Polacy lubią kurczaki a te obecnie hodowane to w dość podłych warunkach są trzymane.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  14. Brojlerom zwykle nie chce się ruszyć z miejsca - nie odejdą od miski z ziarnem. Robią pod siebie. Nie nadają się do traktora czy na pastwisko bo w wyhodowano je by żyły w zagęszczeniu po kilkanaście na metr kwadratowy i nie sprawiały żadnych problemów. Ale może wśród partii kurczaczków znajdzie się jakiś żwawszy odszczepieniec którego będzie można zachować do dalszej reprodukcji. Ja bym został przy zwykłych, wiejskich, mieszańcach towarowych koloru czerwonego-brązowego. I niosą, i zjeść można. No i najlepiej z przydomowej hodowli, prowadzonej przez hodowcę świadomego genetyki, znającego swoje kury.

    OdpowiedzUsuń
  15. Trochę w krzyżowanie się pobawię :)

    Ojcem kogut zielononóżek matką brojlerka;)

    Ciekawe co by z tego było...

    OdpowiedzUsuń
  16. Witam,

    BoskaWolo:

    "Wśród pozostałych 5%, 3/4 to konie objęte programami "ochrony zachowawczej" i dopłatami. Powinny wyzdychać jak najszybciej!"

    Czy mógłbym prosić o jakieś argumenty?

    Pozdrawiam serdecznie
    Marek Lasocki

    OdpowiedzUsuń
  17. Z doniczkami torfowymi też trzeba uważać!

    Można wykończyć rośłinki które "uduszą" się wewnątrz jednego rodzaju gleby odgrodzonego innym przed trzecim.

    Zależnie od kombinacji struktury i jakości tych gleb, korzenie mogą "nie chcieć" przekroczyć tak sztywnych barier. Wyczytane w Edible Foreast Gardens a wcześniej sprawdzone, niestety, empirycznie ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. Ciekawe spostrzeżenie Sotar. Wkrótce napiszę cały wpis jak różne praktyki ogrodnicze wpływają na rozwój korzeni, a co się z tym wiążę jakość plonów. Domyślam się, że połączenie stosunkowo żyznej gleby jak jest w doniczce i prawie czystego piasku, który Ty posiadasz nie zachęca korzeni do rozrastania...

    OdpowiedzUsuń
  19. Panie Marku: jeśli uraziłem, to przepraszam. Oczywiście, z tym "wyzdychaniem", to tylko retoryczna przesada!

    Argumenty:
    1) "Programy ochrony" - wszystkie jak jeden - wykluczają użycie w rozrodzie innych ogierów, niż zatwierdzone, z bardzo wąskiej i bardzo ograniczonej genetycznie populacji. Ma to sens w przypadku koników polskich, których księga stadna jest zamknięta. Ale w przypadku typowych ras półkrwi, jak konie wielkopolskie, śląskie czy małopolskie - jest to nonsens.

    2) "Programy ochrony" nakładają na posiadaczy klaczy OBOWIĄZEK ich regularnego rozmnażania. W praktyce, biorąc pod uwagę skomplikowaną naturę rozrodu koni: co roku. Oznacza to intensywne zwiększanie populacji. W jakim celu???

    3) "Programy ochrony" nie zawierają żadnych innych kryteriów kwalifikacji do nich klaczy i ogierów, jak tylko rodowód i absolutnie minimalne wymagania pod względem poprawności budowy. Skoro wyklucza się postęp hodowlany poprzez dodanie nowych, obcych genów, to taki brak selekcji oznacza, że tego postępu w ogóle nie będzie. Może być co najwyżej regres.

    4) Wszystko to dla 1600 złotych ROCZNIE na każdą objętą programem klacz. Jeśli ktoś podejmuje się hodowli koni po to, aby zdobyć te pieniądze, to już sam ten fakt jest stratą. Bo taki człowiek nie powinien się do konia na zasięg kopyta zbliżać! Nigdy i w żadnych okolicznościach...

    5) Ponieważ dochód z takich hodowli jest praktycznie stały (składa się z 1600 zł rocznie dopłaty i przychodu z corocznej sprzedaży źrebięcia: w tej chwili źrebicę kwalifikującą się do programu można kupić za 2 do 3 tysięcy złotych niezależnie od rasy), to jedynym sposobem maksymalizacji zysku jest minimalizacja kosztów. Często kosztem zdrowia koni. Na pewno zaś, kosztem ich jakości: bo kryć się będzie zawsze najtańszym ogierem, byle tylko był do programu dopuszczony i blisko stał...

    6) Nawet, jeśli przypadkiem do programu trafił także ciekawy materiał zarodowy, to przepadnie, bo nie da się go uszlachetnić najlepszym materiałem programami nie objętym.

    7) Podstawowym skutkiem funkcjonowania tych programów jest masowa produkcja bardzo miernych i bardzo tanich koni. Co skutecznie psuje markę hodowli polskiej jako takiej. No i nie bardzo wiadomo, co z tymi końmi ewentualnie robić? Nie biegają, nie skaczą, nie ruszają się, nie wyglądają... Po co one w ogóle?

    8) Ogólnie to jest albo głupota: ktoś chciał "zrobić dobrze" sobie i swoim kolegom, dojąc podatników, tylko przemyślenie konsekwencji przekraczało jego zdolności umysłowe (ponieważ przypadkiem znam panią, która taki program ochrony dla rasy wielkopolskiej pisała, skłonny jestem wierzyć w to wytłumaczenie...), albo celowy sabotaż na zlecenie hodowców zagranicznych, którzy u siebie nigdzie takich głupot nie robią i dzięki temu normalnie hodują dobre konie sportowe, które w coraz większym stopniu znajdują nabywców także i w Polsce: bo u nas, na miejscu, o dobrego konia coraz to trudniej...

    OdpowiedzUsuń

Podziel się wiedzą ze znajomymi!